Autor: Wieruszowski Dom Kultury

  • Synagoga

    Synagoga (zgromadzenie, miejsce zebrań) to żydowski
    dom modlitwy – miejsce modlitw i zgromadzeń religijnych,
    również miejsce zebrań społecznych gminy żydowskiej.

    W języku polskim pojęcie to często zastępowane było słowem: bożnica/bóżnica, co wskazywało, że jest to miejsce poświęcone Bogu. Było to miejsce wielofunkcyjne – nie było ono tylko miejscem modlitw i nabożeństw, lecz także miejscem studiowania Tory i Talmudu, salą zebrań, a często też siedzibą gminy żydowskiej. Synagogi w dawnej Polsce mieściły różne urzędy gminne: kancelarię, archiwum, pomieszczenia sądów rabinackich, skarbiec, a nawet koszerną stołówkę
    i schronisko z noclegownią.
    W synagodze nie składa się ofiar, nie oddaje czci obrazom
    czy posągom. Nie jest ona również świątynią w pojęciu
    chrześcijańskim. W judaizmie jedyną i prawdziwą świątynią,
    w której służbę ofiarniczą sprawowali kapłani, była Świątynia Jerozolimska, zburzona przez Rzymian w 70 r. n.e.
    W 1822 roku, kiedy w Wieruszowie mieszka już prawie
    300 Żydów (około 20% ogółu ludności), otrzymują oni pozwolenie na stworzenie samodzielnej gminy wyznaniowej (kahału). Oznacza to, że – zgodnie z prawem zapisanym
    w Talmudzie – muszą posiadać własną synagogę, sąd,
    cmentarz, łaźnię (mykwę), rytualną rzeźnię, szkołę religijną, szpital-przytułek i instytucje dobroczynne.
    Synagoga – bóżnica mieści się już wtedy w tym samym miejscu, które znamy z późniejszych przekazów. Ma dość skromny wystrój – w wykazie z 1855 roku podano: „było wśród sprzętów liturgicznych 6 Rodałów, 8 lichtarzy mosiężnych, 4 firanki
    przed Torą, ubiór do Rodału, blachy srebrne, 10 ławek”.
    Rodał to ręcznie spisany na pergaminie w języku hebrajskim
    tekst Pięcioksięgu Mojżeszowego – Tory w formie zwoju. Nawinięty jest na wykonane z drewna i metalu wałki.
    Niemal na pewno niszczy ją pożar miasta w 1878 roku. Zostaje odbudowana na starych fundamentach, podobnie jak znajdująca się obok szkoła (bejt ha-midrasz). Stojąca wcześniej obok mykwa zostaje przeniesiona nieco dalej na południe, bliżej zejścia
    do Prosny.

    O dużym znaczeniu społeczności żydowskiej w Wieruszowie może świadczyć fakt umieszczenia jej symbolu – synagogi
    na pierwszych widokówkach miasta z około 1910 i 1914 roku.
    Dzięki tym obrazom wiemy, jak wyglądała synagoga odbudowana po pożarze miasta w 1878 roku. Z kolei dzięki dokumentom ubezpieczeniowym z 1906 roku wiadomo, że była wybudowana
    z cegły, kryta blachą i miała wymiary 22,6 m x 12,5 m x 6 m.
    Mowa jest tam o parterze i piętrze. Piętro to prawdopodobnie galeria wokół pomieszczenia, przeznaczona przede wszystkim dla kobiet – tzw. babiniec.

    Po prawej stronie synagogi (od południa) stoi budynek szkoły religijnej – bet ha-midrasz.
    Było to miejsce przeznaczone do studiów talmudycznych
    dla chłopców i dorosłych mężczyzn i mogło się mieścić
    w samej synagodze lub w oddzielnym pomieszczeniu lub budynku.
    Czasami bet midrasz pełnił także funkcję noclegowni dla przyjezdnych pobożnych Żydów. Zajmowano się w nim
    również pomocą biednym studentom jesziw.
    Każdy bet midrasz zaopatrzony był w księgozbiór,
    do którego wolny dostęp mieli wszyscy członkowie gminy.
    Pierwszy oddzielny bet midrasz w mieście został założony
    przez jednego z bogatych i znaczących Żydów wieruszowskich
    – Mordechaja/Mordkę Hillera Banasza około 1869/70 roku. Mężczyźni mogli się tu gromadzić, by wysłuchać nauczania
    i wyjaśnień z dziedziny prawa żydowskiego (halachy). Wykształceni rabini przede wszystkim tu prowadzili swoje jesziwy. Bet midrasz był także miejscem spotkań i życia towarzyskiego
    w sztetlu/żydowskim miasteczku. Jak wspominali Ocaleni
    – „to zawsze jest miejsce dla uczonych Tory – aż do naszych czasów modliliśmy się tam w około 20 minjanach
    (minjan to tzw. kworum modlitewne, składające się
    z 10 dorosłych mężczyzn)”.


    23 czerwca 1919 roku synagoga, podobnie jak duża część miasta, została ostrzelana przez oddziały Grenzschutzu. Według danych ubezpieczeniowych została zniszczona w około siedemdziesięciu procentach. Istnieje fotografia pokazująca prawdopodobnie jej generalny remont po tym bombardowaniu. Widać na niej okazałe wejście od strony ul. Wrocławskiej, którego nie było na wcześniejszych widokówkach.
    W połowie lat trzydziestych synagoga przeszła gruntowny remont. Inicjatywa pochodziła od władz miejskch, które sugerowały, aby wszystkie budynki w mieście miały podobną formę zewnętrzną – piękną, z ozdobami. Odmalowano więc budynek, postawiono nowy metalowy płot z ozdobną bramą
    – ze stylizowanym znakiem menory.
    Przy okazji postanowiono odnowić wnętrze synagogi. Praca została przekazana artyście malarzowi, wieruszowianinowi
    Mosze Ezerowi (absolwentowi francuskiej szkoły artystycznej).
    Synagoga „zniknęła” z mapy Wieruszowa w czasie drugiej wojny światowej.


    Nie ucierpiała zbytnio w czasie ostrzału artyleryjskiego 1 września 1939, ale – jak 60% miasta – została podpalona miotaczem ognia w niedzielę 3 września. Istnieje zdjęcie pokazujące, że jest cała – choć są wybite szyby – w czasie przeprawy wojska niemieckiego przez uszkodzony most 2 września 1939.
    Na kolejnych zdjęciach, z kolejnych dni września, budynek jest
    już wypalony i pozbawiony dachu.
    Po zakończeniu kampanii wrześniowej Niemcy przystąpili
    do porządkowania gruzów. Zniszczone budynki były rozbierane, cegły – dokładnie czyszczono. Zajmowali się tym przede wszystkim Żydzi. Do początków 1940 roku rozebrali też synagogę.
    Metalowy płot i bramę z elementami stylizowanej menory Niemcy wykorzystali jako ogrodzenie przy siedzibie żandarmerii
    na ul. Warszawskiej 54.
    Po wojnie plac po synagodze był pusty. Z czasem zorganizowano tu niewielki skwerek.


    Do lat 90. widoczne były jeszcze fragmenty fundamentów.
    Pod koniec lat 90. wybudowano na tym miejscu okazały budynek, niemal dokładnie wpisujący się w rozmiary przedwojennej synagogi.

    Opracowała Urszula Szot

    Widokówka z 1910 roku, przedstawiająca charakterystyczne punkty miasta
    Synagoga na widokówce z 1910 roku
    Synagoga w remoncie po ostrzale w 1919 roku
    Widok synagogi 2 września 1939 roku
    Widok synagogi po 3 września 1939 roku, kiedy to Niemcy spalili 60% miasta
    Skwer na placu po synagodze w latach 60. XX wieku
    Współczesny budynek wpisujący się w rozmiary przedwojennej synagogi
  • Wieruszowskie getto

    1. Początki

      W pierwszych dniach października 1941 roku Wieruszowianie zwrócili uwagę, że żandarmeria wraz z miejscowymi volksdeutschami porządkuje kościół wieruszowski, wcześniej dokładnie zrabowany i zamieniony na magazyn. Wynoszą
      z niego bele papieru i ładują je na auta.

      5 października, w niedzielę, wszystkich Żydów z miasta wypędzono z ich domów. Wolno im zabrać tylko tyle,
      ile uniosą w rękach. A oni w tym czasie przygotowywali
      się do skromnego obchodzenia święta Sukkot (Święta Namiotów)!
      Niemcy bardzo często rozpoczynali różne akcje przeciw Żydom właśnie w dni ich świąt religijnych. To były
      nie tylko kpiny z obrzędów, ale także dodatkowe szykany wobec głęboko wierzących. Tak było i tym razem.
      Obchody tygodniowego Sukkot polegają na tym,
      że Żydzi część każdego dnia spędzają poza domem,
      w specjalnie przygotowanych szałasach/namiotach, zwanych też sukami/kuczkami, przykrytych gałęziami tak,
      aby było przez nie widać niebo. Upamiętniają w ten sposób wędrówkę Izraelitów przez pustynię po ucieczce z Egiptu.

      Co się dzieje w Wieruszowie w niedzielę, pierwszy dzień święta Sukkot 1941? Wszyscy Żydzi – około 2 tysiące osób
      – zostają stłoczeni w kościele i na dziedzińcu klasztornym
      – niemal pod gołym niebem. Jakby stwarzano im warunki
      do dosłownego przeżywania Sukkot…

      Przez kilka kolejnych dni dostają tylko po kawałku czarnego chleba i odrobinę wody do picia. Nie mają dostępu
      ani do wody, ani do ubikacji. W ciągu kilku dni warunki higieniczne stają się katastrofalne.
      Tymczasem w mieście trwa wysiedlanie rodzin polskich
      z tej części miasta, gdzie ma powstać getto.
      Rodziny polskie są lepiej traktowane, gdyż mogą wszystko,
      co posiadają, zabrać do nowego mieszkania. Pozwolono
      im zajmować mieszkania pożydowskie lub mogą dokwaterować się do swych rodzin

      Po wysiedleniu polskich rodzin, przystąpiono do grodzenia części miasta w rejonie ulic Kilińskiego, Zamkowej
      i Nadrzecznej (wg relacji Icka Pankowskiego płot stawiano także później). Lokalizacja ta jest dla Niemców bardzo wygodna, gdyż 40% granicy getta stanowi Prosna,
      z której później Żydzi mogą czerpać wodę.
      Pozostałą część granicy getta stanowi płot wykonany
      z pali drewnianych, do których gęsto przybity jest drut kolczasty. Do getta prowadzi główna brama zlokalizowana
      na ulicy Kilińskiego (na przedłużeniu dzisiejszej ul. Braci Polaków), przy której ustawiono barak przeznaczony
      na wachtę pełnioną przez żandarma. Gdy ukończono budowę płotu i budynku wachty, wszystkich Żydów zabrano z terenu kościoła i rozmieszczono w getcie. 
      Jest poniedziałek, 13 października 1941 roku…
      Właśnie skończyło się Święto Namiotów, a rozpoczęła
      się Simchat Tora – Dzień Świętowania Tory…
    2. Funkcjonowanie

      Za ogrodzeniem, z zakazem opuszczania getta, znalazło
      się prawdopodobnie około dwa tysiące osób z Wieruszowa
      i okolic, a przez jego teren przewinęło się przez niecały
      rok istnienia prawdopodobnie około 3,5 tysiąca Żydów.
      Ta liczba jest płynna, bo niemal codziennie wysyłano sprawnych mężczyzn i kobiety przede wszystkim do obozów pracy pod Poznaniem i do getta w Łodzi. 
      Ilość przydziałowego chleba w getcie nie przekracza przeważnie 20 dkg na osobę dziennie (to około pół małego chleba). Chleb jest czarny i mało pożywny. Oprócz chleba,
      na kartki można kupić brukiew, kalarepę, rzepę i buraki. Trudniej dostępna jest kapusta, a jeszcze bardziej ziemniaki. Przydziały kartofli czasami nie są małe, ale często większość z nich nie nadaje się do jedzenia. Nie wszyscy jednak mają nawet tę niewielką sumę pieniędzy, która jest potrzebna
      do wykupienia żywności na kartki. Ci, którym brakuje pieniędzy, część kartek sprzedają, ażeby kupić żywność
      za pozostałe. Kto ma ze sobą trochę pieniędzy, szybko
      je przejada. Kto ich nie ma, wyprzedaje wszystko,
      do ostatniej koszuli włącznie.

      Istnieje handel wewnętrzny i zewnętrzny, w którym biorą udział Polacy podchodzący blisko ogrodzenia getta.
      Ryzyko tych wypraw jest wielkie, gdyż w razie złapania
      grozi śmierć, choć nikt o takim fakcie nie wspomina.
      Osobiście słyszałam relację wieruszowianina, 10-letniego wówczas chłopca, o wymianie litrowej butelki oliwy za złoty zegarek, który wiele lat dobrze służył nowemu właścicielowi.
      Grupy wyznaczonych do pracy poza gettem muszą przechodzić przed wachtą, gdzie wartownik ich przelicza. Często starych, brodatych Żydów zmusza się
      do „gimnastykowania się” – jest to ulubiona zabawa wartowników. Widok ulicy przy wachcie jest w takich sytuacjach niesłychanie przykry, ponury i poniżający.
      Tłum ludzi z odkrytymi głowami, także w słotę,
      stara się jak najprędzej minąć niebezpieczny odcinek, popychając się i spiesząc, czasami ze współczuciem
      albo i ze zgrozą patrząc na odbywające się właśnie
      „popisy gimnastyczne” lub zwykłe, ordynarne znęcanie
      się przy użyciu pięści, buta czy kolby.
      Słychać wykonywaną na rozkaz piosenkę z refrenem:
      „Hitler złoty nauczył nas roboty,
      A Śmigły-Rydz nie nauczył nic.”
      Jednak chętnych do pracy poza gettem nie brakuje, zawsze bowiem można coś przydatnego ze sobą przynieść do getta.

    3. Ostateczna zagłada

      W pierwszych dniach sierpnia 1942 roku przybywa
      do Wieruszowa trzema samochodami ok. 20 żandarmów. Sprowadzono ich prawdopodobnie z Wielunia i wzmocniono oddziałami miejscowej policji oraz mieszkającymi
      w Wieruszowie volksdeutschami.
      W getcie może znajdować się wtedy około 1300 Żydów.
      W wyniku pierwszej selekcji około 200 osób, głównie względnie zdrowych mężczyzn, wysłano do obozów pracy przymusowej w rejonie Poznania. 
      Następnego dnia Żydzi są wypędzeni z getta i znów skierowani na teren nieczynnego kościoła i paulińskiego klasztoru. Tym razem nie mają czasu ani możliwości zabrać
      ze sobą czegokolwiek.
      Wybrana grupa młodszych ludzi otrzymuje polecenie powrotu do getta, aby przynieść pozostałe tam artykuły spożywcze. Nie ma tego dużo. Tymczasowa kuchnia zostaje zorganizowana na dziedzińcu klasztoru w celu wydawania prowizorycznych posiłków.

      Prawdopodobnie w sobotę 15 sierpnia 1942, po 5 dniach pobytu przerażonych Żydów na terenie klasztoru, w spiekocie i brudzie, niemal bez jedzenia i picia, elegancki niemiecki oficer ogłasza, że wszyscy zostaną przetransportowani
      w nowe miejsce, do pracy. Ostrzega jednak, że droga będzie uciążliwa, dlatego starsi i chorzy, którzy chcieliby jednak zostać na miejscu, mogą to zrobić. Być może zajmie
      się nimi lekarz. Zgłasza się około 80 osób.
      Wracają do getta, gromadzą się w pobliżu mykwy
      – łaźni nad Prosną, czekają aż do godziny policyjnej.
      Wieczorem Niemcy wskazują 10 młodych Żydów i zabierają
      ich do mykwy. Tu mają oni za zadanie prowadzić każdego
      ze starszych do przechodniej, niewielkiej sali. Żydzi wiedzą, gdzie są – tu zawsze rozbierali się przed wejściem
      do rytualnego basenu. Ale tym razem się nie rozbierają.
      Każdy z nich, pojedynczo, jest ustawiany tyłem
      do niemieckiego żołnierza.
      Ten, bez ostrzeżenia, strzela każdemu w potylicę z pistoletu sprężynowego, takiego do uboju zwierząt.
      Dlaczego w ten sposób? Bo szkoda nabojów dla Żydów,
      a poza tym nie ma huku, nie ma paniki, praca idzie sprawnie.
      Ciała wynoszone są do sąsiedniego pomieszczenia,
      a stamtąd na drabiniaste wozy.
      Tak młodzi ludzie towarzyszą w śmierci starszych sąsiadów, krewnych, bliskich.
      A potem idą za tymi wozami „drogą krwi” – bo kapie z wozów na bruk miasta, aż na cmentarz, gdzie oddają im ostatnią posługę i grzebią we wcześniej przygotowanym, długim dole, choć nie ma to nic wspólnego z rytualnymi obrzędami.
      Około 100 kolejnych, głównie młodszych rzemieślników, zostaje wysłanych do getta w Łodzi. 
      Po 2 – 3 dniach pod klasztor podjeżdżają samochody ciężarowe z plandekami. Upchnięto na nie wszystkich znajdujących się tu jeszcze Żydów – mężczyzn, kobiety
      i dzieci.
      Szczelnie zakryte ciężarówki odjeżdżają w stronę Wielunia. Jeden z takich samochodów zatrzymuje się na ulicy Warszawskiej, bo otwarła się źle zabezpieczona tylna klapa. Kilkanaście kobiet usiłuje wykorzystać sytuację i uciec,
      ale żandarmi dopadają je i wpędzają na samochód.
      Jeden stoi na górze z kijem i bije kobiety po głowach,
      aby przesuwały się na przód samochodu, a z tyłu bito je,
      aby wchodziły na górę. Po zabezpieczeniu klap spuszczono plandekę, choć upał jest niesamowity. 
      Tym sposobem około 18 – 20 sierpnia 1942 w Wieruszowie
      nie ma już żywych Żydów.
      Po ponad dwóch godzinach transport dojeżdża do Kulmhof
      – Chełmna nad Nerem.
      Ledwie żywi ludzie jeszcze nie wiedzą, co ich czeka.
      Po paru godzinach więźniowie z Sonderkommando wyciągają z innych ciężarówek – ruchomych komór gazowych, martwe ciała tych, którzy jeszcze wczoraj widzieli Prosnę,
      czuli powiew wiatru od wieruszowskiego Rynku, tulili głodne, kochane dzieci.

      Ilu? 900, 1000 – nikt tego do końca nie wie.

      Dziś nieopodal Chełmna – w Lesie Rzuchowskim, miejscu, gdzie grzebano najpierw ciała, później prochy zagazowanych, stoi monument – pomnik pamięci. Na tzw. Ścianie Pamięci
      są upamiętnieni także wieruszowscy Żydzi.

    Opracowała Urszula Szot

    Plan getta
    – Kościół i Klasztor Ojców Paulinów, zamknięty w czasie wojny
    Ulica Zamkowa, wzdłuż której przebiegała granica getta
    Cmentarz żydowski – zbiorowa mogiła zamordowanych w mykwie
    Transport Żydów do obozu zagłady Kulmhof
    Trasa: Wieruszów – Chełmno nad Nerem
    Tablica upamiętniająca wieruszowskich Żydów na Ścianie Pamięci w Lesie Rzuchowskim

  • Mykwa / rytualna łaźnia

    Mykwa / rytualna łaźnia (ul. Kilińskiego 35/37)

    Halacha (wykładnia Prawa Mojżeszowego –Tory pokazująca, jak stosować to prawo w konkretnych sytuacjach życiowych) podaje, że mykwa jest pierwszym obiektem religijnym, jaki zobowiązana jest zbudować nowa gmina żydowska (kahał). Ten termin odnosi się zarówno do zbiornika / basenu, jak i do budynku, w którym
    się znajduje.

    Woda w mykwie musi być bieżąca, nie może być „czerpana”
    – uzupełniana wiadrami, ma pochodzić wprost z rzeki, źródła
    lub wody deszczowej bezpośrednio doprowadzonej do zbiornika. Obmycia dokonuje się przez całkowite zanurzenie. 
    Dlatego też w 1822 roku, kiedy wieruszowscy Żydzi dostają pozwolenie na utworzenie samodzielnej gminy (i odłączenie
    od gminy kępińskiej), dokumentują istnienie m.in. rytualnej łaźni.
    Na planie P. Wetlinga (budowniczego powiatu wieluńskiego)
    z 1844 roku znajduje się ona tuż obok synagogi. Pojawia
    się tam również informacja, że planowane jest jej przeniesienie
    w okolice browaru, gorzelni i rzeźni miejskiej nad Prosną (dzisiejsza ul. Sportowa, wcześniej ul. Mirkowska).
    Nie ma jednak żadnego dowodu, że ten zamiar został zrealizowany. Jest natomiast udokumentowane,
    że w czasie wielkiego pożaru miasta w 1878 roku płoną też budynki kahalne – z synagogą, mykwą i szkołą religijną na czele.
    Prawdopodobnie właśnie po tym pożarze, w drugiej połowie
    XIX wieku, przy dzisiejszej ulicy Kilińskiego 35/37, nad Prosną, została wybudowana nowa, murowana mykwa – rytualna łaźnia
    o wymiarach 12,7 m x 10 m (C I. na planie, zdjęcie nr 1).
    Była kryta blachą, posiadała murowaną przybudówkę krytą papą
    o wymiarach 7,6 m x 6,7 m (C II. na planie). Do przybudówki, wzdłuż rzeki, przylegała drewniana komórka o wymiarach
    7 m x 2,8 m (E na planie). Ciąg zabudowań kończył ustęp (drewniany, kryty papą, 1,9 x 1,1m).

    Od strony ul. Kilińskiego do mykwy przylegał dom mieszkalny
    z cegły, kryty gontem o wymiarach 9,4 m x 10 m (D na planie).
    W łaźni znajdował się początkowo miedziany kocioł i 5 wanien
    do kąpieli. Po pożarze została unowocześniona – posiadała prawdopodobnie trzy pomieszczenia, w tym głównie niewielką salę przeznaczoną na przygotowanie do rytualnej kąpieli (przebieralnię) oraz drugą, w której znajdował się basen. Schodziło się do niego w dół, po schodach, a jego głębokość pozwalała na całkowite zanurzenie się w wodzie. Przychodziły
    tu co miesiąc (na oczyszczenie po menstruacji) religijne kobiety oraz religijni mężczyźni – przed szabatem i świętami.
    Najprawdopodobniej w nocy z 15 na 16 sierpnia (sobota/niedziela) 1942 Niemcy zabili tu około 90 starszych i chorych Żydów – strzałem w tył głowy (w potylicę) z pistoletu sprężynowego, służącego do uboju zwierząt.
    Budynek jeszcze w czasie wojny został spalony, pozostały jedynie ruiny piwnic. Dziś niemal dokładnie na miejscu łaźni
    stoi komunalny budynek mieszkalny. Z samej łaźni mogły zostać tylko fundamenty.
    Byli też w Wieruszowie ludzie, którzy pamiętali, że w ruinach piwnicy widzieli (jako dzieci) ściany wyłożone białymi kafelkami.

    Opracowała Urszula Szot

    Plan i opis budynków kahalnych z dokumentu ubezpieczeniowego z 1906 r.
    Plan i opis budynków kahalnych z dokumentu ubezpieczeniowego z 1906 r.
    Plan i opis budynków kahalnych z dokumentu ubezpieczeniowego z 1906 r.
    Ruiny mykwy / łaźni
    Powojenny budynek na fundamentach mykwy / łaźni (1959)
    Współczesny widok budynku stojącego na fundamentach mykwy / łaźni

    Tablica upamiętniająca mykwę i dokonany w niej mord w 1942 roku

  • Egzekucja w tartaku

    Z relacji starszej kobiety”


    „O wojnę, proszę pana, to myśmy były obie z siostrą, młode wtedy, wywiezione na roboty. Dobrze, że niezbyt daleko,
    bo nas tylko do majątku za rzekę wywieźli.

    Przy dworze był tartak, co został zarekwirowany przez Niemców
    i był przy nim w tym dworze posterunek niemiecki, żeby tego tartaku pilnować. Pamiętam, jak przed świętami Bożego Narodzenia niemiecki oficer, młody jeszcze chłopak, katolik, odjeżdżał właśnie na świąteczny urlop i bardzo się z tego powodu cieszył. Przyszedł do dworu życzyć państwu spokojnych świąt
    i opowiedzieć o swojej rodzinie, dla której wiózł kiełbasę
    i sprawioną gęś. Czekał tylko na przyjazd swojego zmiennika
    i bardzo się denerwował, że tamten się spóźnia.

    Wtedy właśnie dali znać z tartaku, że przyszło tych dwoje.
    To była para Żydów z lasu. Ojciec z córką. Inteligenci. Z klasą.
    On stary. Ona młoda i piękna. Zmarnowani tacy. Wymarznięci
    i obdarci. Po co przyszli? Zgłosili się dobrowolnie na posterunek żeby ich zastrzelić, bo jak mówili, nie mają już siły dalej prowadzić takiego życia jak od ponad roku. Bo, panie kochany, po tych lasach to tam się żydostwa wtedy chowało podobno bardzo dużo!

    Oficer był zły o to, że przyszli. Szły święta i nie czuł się wcale
    w nastroju do strzelania Żydów. Poza tym okazało się, że na posterunku nie ma już naboi do karabinów. Naboje miał przywieźć ze sobą jego zmiennik, ale nadal go nie było. Poszedł jakoś
    tą sprawę załatwić, a ci dwoje cały czas stali przed gankiem.
    Pani wyszła do nich i prosiła, namawiała, żeby uciekali albo schronili się gdzieś na wsi. Że przecież to szaleństwo
    tak na śmierć czekać na mrozie… Powiedzieli, że nie chcą.
    Gdyby była jakaś nadzieja… – powiedzieli. Ale nadziei nie ma…

    I czekali tak, wyobraź pan sobie, do samego wieczora, aż tamten te kule przywiezie. Bo ten oficer to się doczekać nie mógł i posłał jednego na rowerze na sąsiedni posterunek po te kule.
    Gdy wreszcie wrócił ten z tymi kulami, to oficer wyprowadził
    ich pod stodołę i zastrzelił oboje. Ten stary to nawet nie syknął. Ta młoda tylko tak się jakoś odsunęła na bok i źle ją trafił
    za pierwszym razem. Dwa razy jeszcze musiał jej w głowę strzelać, bo mu się po śniegu rzucała.”

    Opracował Grzegorz Szymański

  • Złotówka

    „Złotówka” – to pseudonim żydowskiego handlarza, którego imienia i nazwiska nikt nie pamiętał. Przed wojną mieszkał
    na ul. Warszawskiej 30 u p. Ignacego Hąci, na piętrze.

    Można było od niego kupić zegarek, płaszcz, buty, pierzynę
    czy łóżko – jednym słowem – wszystko, co tylko było potrzebne. Warunki zapłaty, jakie proponował potrzebującym, były dla ludzi bardzo korzystne – można było co tydzień płacić złotówkę
    na konto zadłużenia. Stąd jego przezwisko – „Złotówka”.
    Nikt nie spisywał umowy, nie było potrzeba poręczyciela.
    Biedni, zarówno Żydzi, jak i Polacy, byli bardzo zadowoleni,
    bo przecież bogaci nie robili z nim interesów.

    Kiedy wybuchła wojna, „Złotówka” stracił swoje źródło dochodu – bo Żydom nie wolno było handlować. Z żółtą gwiazdą na piersi
    i na plecach chodził rynsztokiem, bo Żydowi nie wolno było chodzić po chodniku. Nie domagał się zapłaty od swoich dłużników, bo wiedział, że wszystko przepadło.
    Chciał tylko jakoś przeżyć.

    Niestety, w czasie pobytu w getcie bardzo opadł z sił, dziwnie zobojętniał. Kiedy w sierpniu 1942 miał do wyboru – pozostać
    z większością na terenie klasztoru lub wrócić do getta,
    wybrał tę drugą możliwość. Znajoma niedola wydawała
    mu się lepsza od nieznanej.

    Kilka godzin później zginął w mykwie od strzału w głowę.

    Opracowała Urszula Szot

  • Mordechaj Szmul Zelkowicz

    Mordechaj Szmul Zelkowicz był ostatnim przewodniczącym gminy żydowskiej w Wieruszowie. Gdziekolwiek się pojawiał,
    czy to w sobotę, gdy powolnym krokiem wychodził z synagogi, czy w dzień powszedni, gdy, na przykład, w czasie żniw pracował jak jeden z chłopów, miejscowym kojarzył się z Boazem.
    Tak właśnie musiał wyglądać Boaz – mówili – przodek króla Dawida, bogaty rolnik w pobliżu Betlejem. Jego postawa wyrażała mądrość, siłę wewnętrzną i zdecydowanie.
    Zawsze też był gotowy, by pomóc innym i traktował to jako oczywistość.

    Urodził się w 1886 w Wieruszowie jako syn Eliezera–Lipmana
    i Blumci z rodziny Kasrielów, jednej z najstarszych w Wieruszowie. Jako młody człowiek studiował Torę w jesziwie znanego
    i cenionego wieruszowskiego rabina Szaula Zilbermana. Jednocześnie uczył się prowadzenia ksiąg rachunkowych
    – na lekcje chodził na Podzamcze (jeszcze wtedy po niemieckiej stronie). Praktyczne umiejętności – oprócz wiedzy religijnej – uważał za niezbędne. Zwykł mówić: „Jeżeli nauki Tory nie łączy
    się z pracą, to jest ona nieskuteczna”.

    Dlatego też szybko podjął pracę w firmie wujków – braci matki: Jakuba i Tobiasza Kasrielów, kupców specjalizujących
    się w handlu zbożem i skórami. 

    Gdy poślubił Leę, córkę Icchaka Meira Gada, został niezależnym przedsiębiorcą.   

    Swoją przyszłość widział jednak w Erec Izrael. Kupił kawałek ziemi, którą sam uprawiał, bo chciał przygotować siebie i swoich najbliższych do emigracji, osiedlenia i pracy rolniczej w Ziemi Izraela. W 1929 roku kupił tam nawet za duże pieniądze ziemię, której jednak nigdy nie zobaczył.

    Oprócz różnych funkcji, jakie pełnił na rzecz lokalnej społeczności, w 1935 roku został dodatkowo przewodniczącym Gminy Żydowskiej w Wieruszowie i pełnił tę funkcję do momentu wybuchu wojny. 

    Już we wrześniu 1939 Niemcy próbowali zmusić go do przewodniczenia Judenratowi, ale Zelkowicz zrezygnował
    z tego „honoru”. Za karę został wysłany – wraz z innymi żydowskimi i polskimi osobistościami z Wieruszowa i okolic
    do obozu w Radogoszczu. Niemcy chcieli w ten sposób „oczyścić” miasto z jego ewentualnych przywódców – rabina, księży, urzędników, osób cieszących się autorytetem w społeczności.
    Po kilku miesiącach niektórzy z aresztowanych zostali wysłani
    do Krakowa.

    Zelkowicz wrócił stamtąd załamany i pobity. Krótko potem
    z niewoli wrócił jego syn Josek (był żołnierzem),
    ale też niespodziewanie zmarła żona (20.04.1940).

    W czasie likwidacji getta, już z terenu klasztoru, napisał list
    do swego jedynego syna Józefa, w którym żegnał się z nim
    na zawsze. Wcześniej pożegnał się też z matką – 77-letnią
    „babcią Blumcią”, która zdecydowała się wrócić do getta.
    Zdążył się jeszcze dowiedzieć, że została zamordowana
    w mykwie.

    Napisał, że modli się za pokój swoich dzieci, które – jak święcie wierzył – przetrwają grozę zagłady. Zginął zagazowany
    w Chełmnie.

    Dzieci Mordki Szmula Zelkowicza przeżyły wojnę. Najstarsza Tauba, lekarka, zaraz na początku wojny wyjechała do Francji, gdzie działała w ruchu oporu.

    Fajga jeszcze w 1937 roku wyjechała do Belgii, gdzie w czasie wojny ukrywała się w klasztorze. Priwa, krawcowa, wywieziona
    z Wieruszowa do łódzkiego getta, przeżyła marsz śmierci
    z Auschwitz. Josek Aron, z zawodu tkacz, najpierw – jako żołnierz – przebywał w obozie jenieckim, później w Auschwitz i Gross Rosen, gdzie doczekał wyzwolenia w lutym 1945 roku. W lipcu 1945 roku wrócił do Wieruszowa. Został zameldowany na
    ul. Wrocławskiej 5, bo jego rodzinny dom był spalony. Pracował
    za jedzenie dla miejscowego furmana. Niepewna sytuacja sprawiła, że na początku 1946 roku zdecydował się na wyjazd
    do znajomych do Zduńskiej Woli. Działkę po rodzicach,
    plac po spalonym domu (ok. 1200 m2), murowaną oborę, ogród
    i dwie działki ziemi – sprzedał miejscowym.
    W 1949 roku wyjechał do Izraela.

    W latach 1968-1970 nadzorował powstanie „Księgi pamięci”
    (Sefer yizkor) – jeździł do ludzi, zbierał relacje i zdjęcia, korespondował, m.in. z dawnymi znajomymi z Wieruszowa.

    Zmarł 21 sierpnia 1991 roku.

    Opracowała Urszula Szot

  • Wołek Najman

    Wołek Najman urodził się 28 czerwca 1916 roku jako pierworodny syn Abrama Judy Najmana i Sary z Halterów, pochodzącej
    z Lututowa.
    Ojciec – Abram Juda byłenergicznym kupcem. Szybko wyprowadził się od ojca z ul. Warszawskiej 35 i kupił dom
    przy ul. Wieluńskiej 2. Celem prowadzenia w kraju i za granicą handlu gęśmi, jajami i drobiem, w latach 20. i 30. działał w spółce „Eksport jaj i gęsi” z siedzibą przy ul. Bolesławieckiej 400.

    Na Wieluńskiej przyszedł na świat Wołek, a później jego młodsze rodzeństwo: Icek Majer (1918), Róża (1920) i Hela (1924).
    Dzieci dorastały w szczęśliwej, nie najgorzej sytuowanej rodzinie. Chłopcy uczęszczali do chederu przy synagodze, a później
    do szkoły powszechnej w Wieruszowie, podobnie jak dziewczynki. Ojciec sprawnie prowadził interesy, ale także udzielał się na rzecz społeczności – był np. radnym Rady Miejskiej Wieruszowa.
    Wołek został elektrykiem. Niestety, w pełnym usamodzielnieniu się i założeniu rodziny przeszkodził mu wybuch wojny.
    Już w 1940 roku został wywieziony – jak wielu młodych
    mężczyzn – do jednego z obozów pracy pod Poznaniem, gdzie w morderczych warunkach pracował przy budowie autostrady,
    wg niemieckich planów: z Berlina do Moskwy. Wycieńczony,
    po około roku trafił do Auschwitz, do bloku nr 11. Otrzymał
    obozowy numer 26 894. Tu pracował m.in. jako ślusarz.
    10 kwietnia 1942 roku odnotowano jego śmierć w obozowej Księdze zgonów. Miał 26 lat.

    Jego rodzice i rodzeństwo przebywali w tym czasie w wieruszowskim getcie. W czasie jego likwidacji brat Wołka ,
    Icek Majer został wraz z setką innych młodych wywieziony
    do łódzkiego getta, gdzie został zamordowany w 1943 roku. Rodzice wraz z córkami Różą i Helą trafili do transportu do obozu śmierci Kulmhof / Chełmno nad Nerem, gdzie zostali zagazowani pod koniec sierpnia 1942 roku.

    Zeznanie o zamordowanej rodzinie złożył w 1999 roku w Instytucie Yad Vashem siostrzeniec Abrama Judy – Icek Wolf Pankowski, urodzony w Wieruszowie.

    Opracowała Urszula Szot

  • Rodzina Rubinowicz

    Załączone przedwojenne zdjęcie przedstawia szczęśliwe siostry – Szpryncę (po lewej) i Idesę/Judytę Rubinowicz.

    Ich ojciec – Mendel pochodził z Sieradza i był kupcem.
    Mając 28 lat (w 1893), ożenił się z 10 lat młodszą Wieruszowianką Różą/Rojzą z domu Icyk i zamieszkał w Wieruszowie.
    23 czerwca 1919 roku, w wyniku pożaru spowodowanego zbombardowaniem Wieruszowaprzez Grenzschutz,
    stracili 3/4 wyposażenia mieszkania, zostając praktycznie
    bez niczego.

    Najstarsza córka mieszkała już w Łodzi, ale na miejscu było jeszcze sześcioro dzieci w wieku od 17 do 2 lat. Dzięki pomocy bliskich i własnej pracy przetrwali ten trudny czas.
    Zamieszkali w Rynku 13/5, a od marca 1934 – na Kilińskiego 22/3.
    Szprynca (ur.1911) i Judyta/Idesa (ur.1914) były krawcowymi.
    Ich brat Moszek, szewc, w grudniu 1931 roku wyjechał do Francji, do Paryża. Za przykładem najstarszej siostry – Miriam Sary,
    także dwie młodsze – Hena (ur.1905) i Judyta/Idesa (ur. 1914), zamieszkały w Łodzi. Z rodzicami w Wieruszowie pozostali:
    Mirla (ur.1902), Szprynca i Efraim (ur.1917).
    W październiku 1934 roku Szprynca wyszła za mąż za Nysena Dawida, szewca z ul. Kościelnej. Zaraz po ślubie zamieszkali
    na ul. Nadrzecznej 25/4.

    Spokojne życie rodziny przerwała wojna. Już w pierwszych dniach września 1939 roku, próbując dostać się do Łodzi, zginęła
    w Złoczewie Mirla (37 lat). Uciekający z nią Efraim dotarł
    do Warszawy, ale w połowie września wrócił do Wieruszowa. Ponieważ był krawcem, udało mu się znaleźć pracę u znajomego mistrza krawieckiego w okolicy Wieruszowa. Do domu przychodził tylko na szabat, dostarczając rodzinie żywność i pieniądze. Rodzice jednak bardzo niepokoili się o niego, więc na ich prośbę wrócił do domu. Niestety, nie była to dobra decyzja – szybko został wciągnięty na listę deportowanych do obozu pracy
    pod Poznaniem. Potem, po przejściu przez Auschwitz,
    marsz śmierci i Gross Rosen, doczekał wyzwolenia.
    Trudnego czasu nie wytrzymał ojciec – Mendel. Zmarł w 1941 roku, mając 76 lat.
    Mieszkające w Łodzi trzy siostry trafiły wraz z rodzinami
    do łódzkiego getta. Prawdopodobnie wszyscy tam zginęli,
    choć tylko Judyta/Idesa figuruje jako zmarła w szpitalu
    w getcie w czerwcu 1942 roku.

    Tymczasem w Wieruszowie, po tragicznych miesiącach w getcie, Szprynca rozstaje się z mamą. Róża/Rojza (67 lat) nie ma już sił na nową tułaczkę – dołącza do grupy około 90 innych, głównie starszych i chorych, którzy wyrażają chęć pozostania w getcie. Jeszcze tego samego dnia lub następnego – giną zastrzeleni
    w mykwie.
    Szprynca, podobnie jak inni stłoczeni na kościelnym placu, zdaje sobie sprawę z tego, co się stało. Trudno im uwierzyć w to,
    co się dzieje. Ale oto podjeżdżają już ciężarówki, na które
    są ładowani. W ciągu kilku – kilkunastu kolejnych godzin wszyscy, około 900 – 1000 osób – giną zagazowani w obozie zagłady Kulmhof w Chełmnie nad Nerem.
    Efraim po wyzwoleniu emigruje, zakłada rodzinę, umiera w czerwcu 1993 roku w Tel Avivie. Jego starszy brat Moszek
    w czasie wojny najpierw walczył jako żołnierz we francuskim wojsku, później działał w konspiracji. W 1947 roku uzyskał francuskie obywatelstwo.

    Opracowała Urszula Szot


    Z dziewięcioosobowej rodziny Rubinowiczów wojnę przeżyło dwóch synów.

  • Rabin Safrin

    Safrin – admor z Komarna w Wieruszowie

    Lejzer Hersz Safrin urodził się w 1892 roku w Borysławiu w Galicji (dziś: Ukraina). Był synem cadyka rabina Abrahama Mordechaja Safrina i Fajgi oraz bezpośrednim potomkiem rodziny admorów, znanej w świecie chasydzkim jako Beit Komarno.
    Zdobył wykształcenie i uzyskał kwalifikacje rabinackie,
    cieszył się uznaniem jako uczony talmudysta. Był wysokim, przystojnym mężczyzną o donośnym głosie.
    15 czerwca 1931 roku na stałe przybył do Wieruszowa i zamieszkał przy ul. Piskorskiej 7. Ciągnęli do niego głównie prości chasydzi, których porywał ekspresyjną modlitwą – często zdarzało
    mu się w długim, modlitewnym zaangażowaniu tańczyć i tupać nogami. Jako do znanego uczonego w Torze i mądrego życiowo cadyka, przychodzili do niego ludzie – nie tylko Żydzi
    i z bliska i z daleka, po rady w różnych, nieraz skomplikowanych sprawach – religijnych, moralnych, małżeńskich, finansowych,
    itp. Admor udzielał porad za wynagrodzeniem, co stanowiło
    jego główny dochód.


    Zdobył sobie podziw i szacunek m.in. jednej z okolicznych szlachcianek. Została ona uwikłana w sprawę związaną
    z wysokim ubezpieczeniem po wybuchu pożaru w jednym
    z jej majątków i obawiała się, że może nawet trafić do aresztu, gdyż podejrzewano ją o celowe podpalenie.
    Za radą zatrudnionego w jej dobrach mleczarza – Szmuela Zylberberga, znającego dobrze admora Safrina, który wyleczył
    go ze śmiertelnej choroby – nie mając już nic do stracenia, zaprzęgła konie do sań i ruszyła do Wieruszowa.
    Nie wiadomo, co usłyszała, ale już po tygodniu, wdzięczna, przyjechała ponownie, szczodrze płacąc Admorowi.
    Zaprosiła go także do swego majątku, gdzie – przy pomocy Zylberberga i szocheta z Wieruszowa – Kalmana Meislera, przygotowała koszerną ucztę, nie szczędząc gęsi i cieląt.


    Za sprawą rabina Lejzera Hersza Safrina uczestniczyli
    w niej również biedni chasydzi z Wieruszowa i okolic,
    później przez lata wspominający to wyjątkowe wydarzenie.
    W połowie 1937 roku admor z Komarna w Wieruszowie wyprowadził się do Pabianic. Wygląda na to, że miał żal
    do elity chasydów wieruszowskich, że – wg niego – nie okazywali mu należytego szacunku. Poza tym, jego rosnąca w Kongresówce popularność sprawiła, że szukał bardziej dostępnego miejsca
    dla setek swoich zwolenników z całego kraju – a przygraniczny Wieruszów był jednak zbyt mały. I rzeczywiście, do położonych niedaleko Łodzi Pabianic docierały tłumy chasydów, chcących posłuchać dobrej rady admora Safrina.


    Po wybuchu drugiej wojny światowej rabin Lejzer Hersz Safrin trafił do łódzkiego getta – mieszkał w małym pokoiku przy Insel Strasse (ul. ZawiszyCzarnego) 24/17.
    Jeden z ocalałych wieruszowian – Szmuel Natan Lewkowicz,
    który spotkał go w łódzkim getcie, był przekonany,
    że to błogosławieństwo Admora w tych tragicznych warunkach pozwoliło mu uratować się z rąk Niemców.


    Sam rabin Safrin zginął zamordowany w łódzkim getcie.

    Opracowała Urszula Szot

  • Rabin Orenbach

    Abraham Mendel Orenbach urodził się w Końskich 19 stycznia
    1871 roku. Jego rodzice to Ide Luzer Orenbach i Małka z domu Winer. Uczył się u miejscowego rabina i szybko zdobył przydomek „geniusz z Końskich”. Mając 14 lat, za radą swego dotychczasowego nauczyciela, wyjechał do jesziwy rabina Abrahama z Sochaczewa, gdzie pogłębiał swoją wiedzę.
    Za jego też radą ożenił się z Rikel / Ryklą Gołdą, córką zamożnego rabina Josela z Okuszek (dzisiejsza Białoruś).

    W 1887 roku przeprowadził się do Wieruszowa na ul. Zamkową 1. Mimo rabinackiego wykształcenia, nie pełnił funkcji religijnych, ale dał się poznać jako sprawny i błyskotliwy kupiec.
    Chciał pokazać, że religijny uczeń jesziwy, chasyd,
    zna się też na handlu i że nie należy do tych, którzy tylko czegoś oczekują, nie biorąc spraw w swoje ręce.
    Rozwiązania skomplikowanych spraw handlowych skutecznie szukał w Talmudzie i w komentarzach do Tory.
    Twierdził: „ Jeśli nie zacznę dnia od studiowania rozdziału Tory,
    to cały dzień interes mi nie idzie”. Był lubiany przez mieszkańców Wieruszowa, także nie-Żydów, za swoje pogodne usposobienie
    i sprawność w interesach. Mimo nie najlepszej znajomości języka polskiego i niemieckiego, był partnerem w spółkach żydowskich
    i polskich (np. z Długaszewskim z Podzamcza i Rojewskim).
    Kiedy w 1921 roku odszedł z Wieruszowa admor z Pilicy – cadyk Henoch Gad Justman, starsi gminy zaproponowali mu stanowisko rabina.


    Abraham Mendel Orenbach w wyborach był jedynym kandydatem i zdecydowaną większością głosów otrzymał stanowisko wieruszowskiego rabina. Wybór z dnia 29.04.1923 roku został zatwierdzony przez ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego 30 lipca 1923 roku.
    Kierował wspólnotą silną ręką, nikogo nie wyróżniając.
    Udzielał lekcji chłopcom o bystrych umysłach i studiował Torę. Często, jako arbiter, starał się rozwiązywać skomplikowane spory religijne, moralne, społeczne i handlowe.
    Przyszło mu działać w bardzo trudnym okresie. Finansowo żydowski Wieruszów nigdy wcześniej nie był w tak kiepskim położeniu.


    Do miasta zaczęła też docierać fala antysemityzmu, grożąc pogromami. Czynniki te, w połączeniu z negatywnymi skutkami pierwszej wojny światowej, doprowadziły do załamania tradycyjnych elementów żydowskiego dziedzictwa.
    Rabin Abraham Mendel Orenbach próbował odbudować to,
    co zniszczył czas. Kilkakrotnie podejmował próby zorganizowania dużej jesziwy, ale bezskutecznie. Pozostał też bezstronny politycznie – nie angażował się w działalność żadnej partii.
    Starał się zapobiegać wszelkim zagrożeniom, głównie antysemickim, które czyhały na wieruszowskich Żydów ,
    np. zbierał pieniądze na łapówki i utrzymywał nieoficjalne kontakty z organami władzy, by być na bieżąco zorientowanym
    w sytuacji.
    W 1931 roku przyjechał do Wieruszowa były rabin miasta – admor z Pilicy Chenoch Gad Justman. Wspólnie z rabinem Orenbachem dążyli do założenia Sefsei Cadik – jesziwy ku czci Pinchasa Menachema Justmana. Połączone siły, wsparte autorytetem Admora, dały pozytywny efekt – powstała dwuklasowa jesziwa,
    w której uczyło się około 70 studentów. Rabin Orenbach od czasu do czasu osobiście egzaminował uczniów.


    W połowie kwietnia 1935 roku rabin zaczął poważnie chorować. Umarł po około dwóch miesiącach – w sobotę 6 lipca 1935 roku. Na zorganizowany następnego dnia pogrzeb przybyli wszyscy okoliczni rabini i wielka rzesza ludzi.
    Rabin Abraham Mendel Orenbach pozostawił po sobie żonę, utrzymującą się odtąd z renty od gminy żydowskiej oraz sześcioro dzieci – czterech synów i dwie córki. Jego synowie – Michał (kierownik banku i przedsiębiorca wieluński), Eleazar, Leib
    i Symeon oraz zięciowie – Jakub Kępiński z Praszki i Mosze Eliezer Kliger (ostatni formalny rabin Wieruszowa) to uczeni Tory, chasydzi i ludzie czynu. Wszyscy zostali zamordowani w czasie wojny.

    Opracowała Urszula Szot