Autor: Wieruszowski Dom Kultury

  • Rodzina Icka Hersza i Dory Piernikarz

    Dorcia/Dora Piernikarz z domu Freilich była przed wojną
    – mimo swej niepełnosprawności –  zadowoloną z życia, szczęśliwą kobietą. W sierpniu 1918 roku poślubiła Icka Hersza, który przyjechał do Wieruszowa ze Zduńskiej Woli,
    aby pobierać nauki u znanego rabina Szaula Zilbermana.
    Icek Piernikarz został ortodoksyjnym nauczycielem
    w wieruszowskim chederze, zajmował się też rozprowadzaniem gazet. Przez trzy lata po ślubie mieszkali w Pichlicach,
    a w 1922 wrócili do Wieruszowa – najpierw na ul. Ciasną 7/3, później na ul. Pocztową 6/4. Dorcia nie musiała się niczym martwić, bo to cieszący się szacunkiem w lokalnym środowisku mąż utrzymywał rodzinę. Ona dbała o dom i dzieci
    – Miriam/Manię, Chaima i Zośkę/Zyslę Noemi.

    Wybuch wojny wszystko zmienił. Już w sobotę drugiego września, podczas brutalnego gromadzenia mieszkańców miasta w Podzamczu, ginie, zastrzelony przez Niemców, 18-letni Chaim. Rodzina, zwłaszcza matka, bardzo przeżywa tę stratę. Pogarszające się z dnia na dzień warunki życia nie pomagają
    w odzyskaniu równowagi. Na domiar złego w połowie 1940 Icek Hersz, mąż Dory, zostaje wysłany do obozu pracy pod Poznań,
    jak wielu wieruszowiaków.

    Brak informacji o losie męża dobija Dorcię. Nie radzi sobie.
    Kiedy wraz z córkami zostaje przeniesiona do getta
    na ul. Zamkową 2, to 16-letnia Zośka praktycznie przejmuje rolę głowy rodziny. Opiekuje się zobojętniałą, apatyczną matką
    i starszą, 22-letnią siostrą Manią.

    Koresponduje z ukrywającą się w Paryżu ciotką Rosą, siostrą ojca, dziękując jej za paczki żywnościowe, prosząc o choć trochę herbaty i kawy, które będzie można sprzedać i kupić chleb.
    Nigdy się nie dowie, że dziadkowie zginęli w łódzkim getcie,
    a ojciec – w Auschwitz. 

    W sierpniu 1942 Dora Piernikarz nie chce się ruszać z getta.
    Ta 42-letnia kobieta sprawia wrażenie obłąkanej.
    Umiera zamordowana w mykwie, a jej córki kilka dni później giną  zagazowane w Kulmhof.

    Opracowała Urszula Szot

  • Pesa Jakubowicz

    Pesa Jakubowicz, żona dobrego krawca z ul. Piłsudskiego,
    dwa dni temu urodziła synka – Szmula. Jest bardzo głośny…
    Pesa, zmęczona, patrzy na niego z czułością i widzi
    w wyobraźni, jak za parę lat o tej porze będzie bawić
    się chanukową zabawką – drejdlem, drewnianym bączkiem
    i zajadać „chanuke gelt” – czekoladowe pieniążki.
    W tym roku, na szczęście, jej mama zajęła się przygotowaniem wszystkiego. Nie śpią też jeszcze u Widawskich – Brucha,
    jej mąż Szmul i ich czterej synowie: Berek, Abram, Majer i najmłodszy Jakob, niedawno wrócili z kolacji wigilijnej u Pelagii
    i Stefana Frankowskich. Żyją w jednym domu, są dla siebie
    jak rodzina, to i świętują razem. Jutro wieczorem wszyscy razem zjedzą kolację chanukową. Prezenty są symboliczne,
    bo się nie przelewa. Pod choinką znaleźli je tylko najmłodsi:
    8-letni Jakob, nazywany przez przyjaciół Jankiem lub Kubą, Zenek i 4-letni Józio. Z okazji Chanuki jest podobnie… W środę 25 grudnia po zachodzie słońca, w każdym wieruszowskim oknie widać blask – albo choinki, albo pierwszej z ośmiu chanukowych świec, słychać radosne kolędy albo chanukowe pieśni…

    Opracowała Urszula Szot

  • Lea Kohn

    Lea/Łaja urodziła się 20 lipca 1915 roku w Wieruszowie. Jej ojciec Godel urodził się w Działoszynie w 1889 roku. Poślubił Hanę Mirlę Pankowską, urodzoną w 1892 roku w Praszce.
    Zaraz po ślubie (1913) zamieszkali w Wieruszowie na ul. Pocztowej 2/2 (dziś: Mickiewicza), w kamienicy krewnego Hany – Szymona Pankowskiego.
    Godel był kupcem towarów galanteryjnych – sprzedawał bieliznę
    i ubrania. Lea była ich najstarszym dzieckiem. Kolejne to: Abram (ur. 1916), Fiszel (1917) i Ruchla Hinda (1919).
    Pierwsza tragedia spotkała rodzinę w październiku 1920 roku
    – w wieku 3 lat zmarł syn, Fiszel. Potem zachorowała mama
    – Hana Mirla i również zmarła. Nie ma informacji, co było przyczyną jej śmierci, w wieruszowskiej dokumentacji nie ma
    też jej aktu zgonu, dlatego podejrzewam, że mogła umrzeć
    w rodzinnym domu w Praszce. Najstarsza Lea miała wtedy 7 lat.
    W sierpniu 1922 roku Godel poślubił kuzynkę zmarłej żony, córkę Szymona Pankowskiego – Frymetę. Była od niego młodsza
    o 12 lat. Mieli czworo dzieci: Ezera (1924), Wolfa (1926), Gitlę (1928) i Fajgę (1930).
    Lea była z zawodu krawcową. Prowadziła nawet własną działalność, rejestrując ją w 1934 roku. W 1936 roku poślubiła Dawida Kohna z Kępna.
    Zamieszkali w Kępnie na ul. Piłsudskiego 4. W 1937 roku urodziła się im córeczka Leiden. Nie wiadomo, co stało się z Dawidem
    w chwili wybuchu wojny, ale wiadomo, że Lea z córeczką wróciły do Wieruszowa. Sytuacja całej rodziny była tragiczna,
    bo kamienica Pankowskich, w której mieszkali, została spalona przez Niemców już 3 września 1939 roku.
    Jest możliwe, że znaleźli schronienie u innego krewnego, Moszka Hersza na ul. Piłsudskiego (Warszawskiej).
    13 października 1941 roku wszyscy zostali zamknięci w getcie – Godel (52 lata), jego żona Frymeta (40 lat), starsze dzieci: Lea
    (26 lat) i jej córeczka Leiden (4 lata), Abram (25 lat) i Ruchla Hinda (22 lata) oraz młodsze: Ezer (17 lat), Wolf (15 lat), Gitla (13 lat)
    i Fajga (11 lat).
    Około 20 sierpnia cała dziesiątka znalazła się w transporcie do Kulmhof, gdzie zostali zagazowani…

    Opracowała Urszula Szot

    Lea Kohn
    Od lewej: Ruchla Hinda (1919-1942), Lea/Łaja (1915-1942) i Leiden (1937-1942).
  • Jakob Gliksman – miłość polsko-żydowska

    W pamięci mieszkańców Wieruszowa i Pieczysk na długo zachował się jeden z synów dziedzica Fajwela Gliksmana – Jakob. Urodził się w lipcu 1905 roku w Wieluniu, a mieszkał z rodzicami
    i rodzeństwem w Grześce. Oficjalnie był rolnikiem.
    Zakochał się w mieszkance Pieczysk – 23-letniej Stanisławie Miś (Jakob miał wtedy prawie 29 lat). Dla ukochanej przyjął tuż przed ślubem chrzest i imiona: Julian Jan.
    11 lutego 1934 roku w Wieruszowie wzięli katolicki ślub, którego udzielił im ksiądz dr Walenty Kott. Wcześniej tego samego dnia została ogłoszona jedyna zapowiedź, z dwóch pozostałych zwolniła zainteresowanych kuria diecezjalna.
    Ślub był dużym wydarzeniem w okolicy. Narzeczony sprowadził dla ukochanej suknię ślubną aż z Paryża. Świadkami na ślubie Jakoba/ Juliana Jana i Stanisławy byli mieszkańcy Wieruszowa: Franciszek Bryłka – kościelny i Stefan Piekarski – organista.
    Wydarzenie nie zostało jednak dobrze przyjęte w środowisku żydowskim.
    Już na etapie planów małżeńskich Jakoba, zapisem notarialnym
    z 28.08.1933 r. jego rodzeństwo informowało dzierżawców,
    że Jakob nie zarządza już folwarkiem Wieruszów i nie jest upoważniony do pobierania czynszu dzierżawnego.
    Dalej jednak był właścicielem 1/8 folwarku Chobanin.
    Ostatecznie – po ślubie – Jacob został wykluczony z gminy żydowskiej, a rodzina odcięła się od niego. Być może z tego powodu powrócił na judaizm pół roku później.
    W maju 1935 w Pieczyskach przyszła na świat córka Jacoba i Stanisławy – Teodozja Elżbieta. Młode małżeństwo krótko cieszyło się swoim szczęściem. Wybuchła wojna –
    Jacob, podobnie jak wielu Żydów z Wieruszowa, został aresztowany. Na długo słuch o nim zaginął. W końcu do żony dotarła wiadomość, że nie żyje. Stanisława starała się ułożyć sobie życie. Wyjechała z Wieruszowa, osiadła w Głuszynie.
    Tuż po zakończeniu wojny na krótko wróciła do Grześki i przeżyła szok – stanął przed nią Jacob. Chciał, aby razem z córką wyjechały z nim do Ameryki. Stanisława nie chciała jednak kolejny raz zaczynać wszystkiego od nowa, mimo że nigdy
    nie zalegalizowała swego związku z drugim partnerem.
    9-letnia córka Jakoba widziała wtedy ojca po raz ostatni.
    Dostała od niego złoty łańcuszek i usłyszała obietnicę,
    że do niej wróci. Tak się jednak nie stało.
    Stanisława zmarła w 1992 roku w Złotoryi w wieku 82 lat,
    do śmierci posługując się nazwiskiem Gliksman. Jej córka Teodozja w 2015 roku – dzięki żmudnym poszukiwaniom swojej córki Elżbiety – zobaczyła po raz pierwszy zdjęcie ojca.
    Jakob wyjechał najpierw do Ameryki, a ostatecznie osiadł w Kanadzie, gdzie założył rodzinę. Zmarł w 2002 roku w Montrealu.

    Opracowała Urszula Szot

    Stanisława Miś
    Jacob Gliksman
  • Egzekucja – Liba-Małka

    Była sobota 2 września 1939 roku, godziny późno popołudniowe, ciepło. Dopalało się kilka budynków ostrzelanych dzień wcześniej. W mieście była około jedna trzecia jego mieszkańców,
    pozostali w piątek, jeszcze przed południem, uciekli, głównie
    w stronę Łodzi. 

    Nad Prosną, przy moście, żołnierze niemieccy przygotowywali przeprawę dla  wojska, głównie tego zmotoryzowanego.
    Most, niestety, nie został skutecznie wysadzony przez cofających się żołnierzy polskich. Trzeba tylko usunąć z niego gruz, a na umocnienie będzie czas w najbliższe dni.

    W końcu Niemcy wkroczyli do miasta. Nie minęło dużo
    czasu i, po przeszukaniach, wiedzieli już, że nikt tu z nimi
    nie będzie walczył, nie było tu żadnego żołnierza.

    Padł rozkaz, aby ludność zebrała się na Rynku. Żołnierze rozbiegli się po ulicach, zaglądali do domów, piwnic – brutalnie wyciągając z nich wszystkich, których znaleźli. Polacy, wśród krzyków, gróźb
    i poszturchiwań, zostali skierowani na Podzamcze, pod kościół ewangelicki. 

    Żydzi zostali zatrzymani w Rynku. Oficer krótko poinformował,
    że zostaną wyciągnięte konsekwencje za strzelanie do Niemców
    z terenu synagogi przed ich przeprawą przez Prosnę  – jeszcze
    w piątek.

    Wybrali 20 Żydów i ustawili ich w szeregu – prawdopodobnie
    po północnej stronie Rynku. To nie był przypadkowy wybór. Spośród zebranych zostali wybrani ci, którzy prezentowali
    się najlepiej, którzy – jak się przypuszcza, byli szanowani
    i cieszyli się autorytetem całej społeczności.

    Naprzeciwko nich stanęli żołnierze z karabinami gotowymi do strzału. To miał być pokaz siły i bezwzględności. 

    Nagle ciężką ciszę przerwał spazmatyczny płacz i przez szpaler zabranych przecisnęła się niespełna 16-letnia Liba-Małka Lewi.
    W swoim domu naprzeciwko ukryła się na strychu, ale teraz, widząc swojego ojca w szeregu czekających na rozstrzelanie, spontanicznie podbiegła do niego, aby się pożegnać.
    Zatrzymała na chwilę egzekucję i to zuchwalstwo przypłaciła życiem – Niemiec kazał jej otworzyć usta i strzelił
    w nie z pistoletu, dziewczyna upadła martwa u stóp ojca,
    który z rozpaczą patrzył na jej śmierć, ale już po chwili także zginął. 

    To była prawdopodobnie jedna z pierwszych publicznych egzekucji II wojny światowej.

    Opracowała Urszula Szot

  • Zabójstwo Rotbart

    24 lipca 1929 roku w łódzkich gazetach „Hasło Łódzkie”
    i „Rozwój” ukazała się informacja na temat tragicznych wydarzeń w okolicach Wieruszowa.
    W jednej tytuł głosi: „Skrwawione 10-złotówki na drodze naprowadziły na ślad ohydnej zbrodni. Zmasakrowane zwłoki przykryte wrzosem”.
    Druga informuje na wstępie: „18-letni parobczak zabójcą.
    Dla tysiąca złotych zamordował handlarza gęsi”.
    A oto treść informacji:
    „Na drodze pomiędzy Wieruszowem a wsią Przywory, w lesie państwowym Chróścin, udająca się wczoraj do lasu niejaka Gomółkowa znalazła 4 skrwawione banknoty 10-złotowe
    oraz spostrzegła dokoła ślady krwi.
    Tknięta złem przeczuciem kobieta powróciła do Wieruszowa
    i zawiadomiła posterunek policyjny.
    Policjanci, przybywszy na miejsce, wszczęli poszukiwania
    i wkrótce znaleźli w gąszczu straszliwie zmasakrowane ciało mężczyzny z licznemi ranami na całem ciele,
    pochodzącemi od ciosów nożem i uderzeń tępem narzędziem.
    Dochodzenie stwierdziło, iż zabitym jest handlarz gęsi
    z Wieruszowa, Kopel Rotbart, który, jak zeznała jego żona, zabrawszy wczoraj ponad 1000 złotych gotówki, udał się do
    Przyworów celem zakupu gęsi.
    Policja wkrótce wpadła na ślad mordercy i aresztowała
    w Wieruszowie 18-letniego Lisowskiego i jego kolegę, Ochędzana.
    W krzyżowym ogniu pytań zeznali oni, że Lisowski, pragnąc zdobyć większą ilość pieniędzy, począł obserwować Rotbarta
    i gdy ten przechodził przez las, napadł na niego.
    Rotbart bronił się zawzięcie, otrzymawszy jednak kilka ciosów nożem i kolbą dubeltówki, padł martwy.
    Lisowski ukrył zwłoki w dole i nakrył je wrzosem. Następnie udał się do Ochędzana i razem poszli do Wieruszowa po zakupy.
    Obu oddano do dyspozycji sędziego śledczego”.
    Tyle notatki prasowe. Dla orientacji – w latach trzydziestych średnia pensja w Polsce wynosiła około 250 zł (ale zwykły robotnik otrzymywał średnio tylko 105 zł miesięcznie).
    Wydarzenie to wstrząsnęło opinią publiczną Wieruszowa i okolicy i długo było tematem rozmów. W najbliższym czasie przedstawię tę historię ze wspomnień wieruszowskich Żydów…

    Opracowała Urszula Szot

  • Zabójstwo Jakuba Kopela

    O zabójstwie Jakuba Kopela Rotbarta z Wieruszowa,
    pamiętano długo.
    Pewnego ranka w lipcu 1929 roku w domu kupca Gecela Portka na ul. Piłsudskiego pojawiła się stara wieśniaczka, szlochając
    i raz po raz kreśląc znak krzyża na piersi.
    Powściągliwy i zrównoważony Gecel początkowo nie zwracał
    na staruszkę uwagi. Pewnie – żartował – „wychyliła” o jeden kieliszek za dużo… Kiedy kobieta w końcu
    uspokoiła się nieco, drżącym głosem oznajmiła:
    – Gdy rano wyszłam na grzyby do lasu koło Parcic, znalazłam martwego Żyda, owiniętego w białe płótna. Z jej chaotycznej
    relacji wynikało, że chodziło o tałes – szal modlitewny i tefilin.
    Z szybkością błyskawicy straszna wieść rozeszła się po mieście. Panika ogarnęła Żydów, bo wielu z nich trudniło się handlem obwoźnym po okolicznych wsiach. Choć początkowo nie było dokładnie wiadomo, co się stało i gdzie, słyszało się już głosy
    o masowych mordach…
    Mordka Behagen, radny miejski i wpływowy Żyd, do którego
    też dotarły tragiczne informacje, natychmiast udał się
    do komendanta policji Urbanka z żądaniem zbadania
    sprawy. Ten ociągał się nieco. – Bo ja wiem – stwierdził, – przyszła jakaś pijana baba i opowiada niestworzone historie.
    W tym samym czasie do sklepu z odzieżą Josela Kohna
    w Parcicach wszedł młody szejgec (chłopak nie-żydowski)
    i zapytał o możliwość nabycia garnituru. Ruben Aleksandrowicz, wspólnik Josela, przystąpił do brania wymiarów. Joselowi, który patrzył na to z boku, sprawa wydawała się podejrzana.
    Wydało mu się dziwne, że parobek przyszedł kupić garnitur
    w zwykły dzień, a nie targowy i – co jeszcze dziwniejsze
    – wcale się nie targował, tylko przystał na podaną cenę.
    Coś tu było nie tak…
    Zasugerował Rubenowi, aby dokładnie brał wymiary
    i szczegółowo doradzał klientowi. Ruben zrozumiał sugestię
    i, aby zyskać na czasie, poprosił szejgeca, by ten łaskawie
    zdjął spodnie – przymiarki „na ciele” są bowiem dokładniejsze,
    a zakup garnituru to poważna sprawa, nie kupuje się go przecież codziennie.
    Szejgec zgodził się zdjąć ubranie, ale szybko tego pożałował. Przez ułamek sekundy, kiedy zsunął spodnie, Ruben dostrzegł
    na jego bieliźnie czerwoną plamę. Krew! – pomyślał. Zauważył
    ją też szejgec – szybko się ubrał i rezygnując z kupna garnituru,
    który rzekomo mu się nie spodobał, szybko wyszedł.
    Josel wysłał jednego ze swoich uczniów, aby dyskretnie szedł
    za szejgecem, a Ruben udał się na wieruszowski posterunek,
    aby donieść o swoich podejrzeniach.
    Dotarł na policję dokładnie w momencie, gdy Mordka Behagen przekonywał Urbanka o konieczności zajęcia się sprawą morderstwa w lesie. Jego informacje spowodowały, że komendant natychmiast wysłał policjanta, aby ten zatrzymał podejrzanego.
    Nie było to takie proste, bo szejgec, czując, że jest śledzony, zaczął uciekać przez kręte uliczki pomiędzy szeregami baraków nad rzeką. Być może udałoby mu się zbiec, gdyby nie kilku żydowskich chłopców, którzy, po krótkim pościgu, złapali go
    i zaciągnęli na komisariat.
    Już na pierwszym przesłuchaniu, po tym, gdy Urbanek kilka razy uderzył go po twarzy, szejgec – ku zdumieniu wszystkich – przyznał się, że jest zabójcą. Z cynicznym uśmiechem opowiedział: „ Gdy wczoraj o świcie szedłem przez las do Czastar,
    dostrzegłem Żyda owiniętego białym prześcieradłem z czarnymi paskami. Stał bez ruchu, jakby spał. Uderzyłem go mocno
    w głowę. Żyd upadł w kałuży krwi. Gdy zauważyłem, że nie daje już oznak życia, zdjąłem z niego to dziwne prześcieradło
    i przeszukałem jego kieszenie, w których znalazłem 780 złotych. Potem poszedłem nad rzekę, umyłem się, wyczyściłem plamy krwi z ubrania i poszedłem do gospody w Czastarach, gdzie się dobrze bawiłem”.
    To „dziwne białe prześcieradło” z czarnymi paskami,
    to, oczywiście, tałes, który pobożny chasyd zakłada na głowę, odmawiając „szmone esre” – jedną z głównych codziennych
    modlitw.
    Napięcie w mieście narastało z godziny na godzinę, atmosfera stawała się coraz gęstsza. Wciąż próbowano odgadnąć,
    kto został zabity. Kilku żydowskich chłopców zgłosiło się
    na ochotnika, aby poszukać ciała, ale okazało się, że to nie będzie
    konieczne. Sam zabójca – w obecności policji – wskazał miejsce morderstwa. Gdy tłum zbliżył się, jego oczom ukazał się okropny widok. Okaleczona, trudna do rozpoznania ofiara, leżała
    w zakrzepłej kałuży krwi. Rozległy się histeryczne, pełne przerażenia krzyki, na co zabójca – wybuchnął śmiechem.
    Zgromadzeni, także chrześcijanie, rzucili się na mordercę, chcąc go zlinczować. Tylko dzięki interwencji policji udało się
    go wyprowadzić. Wyjaśniło się, kim jest ofiara. Jakub Wolf Stern rozpoznał swojego szwagra – był to Jakub Kopel Rotbart,
    27-letni chasyd pochodzący z Krzepic, pasierb wieruszowskiego
    kupca Izraela Dawida Szterna z ul. Klasztornej. Był to łagodny, delikatny, życzliwy wszystkim Żyd. W rodzinnych Krzepicach
    był wybitnym kupcem handlującym zbożem. W Wieruszowie,
    z braku środków do życia, zajmował się skupem gęsi i handlem
    obnośnym, chodząc od wsi do wsi.
    Nigdy się na nic nie skarżył, zawsze przyjmował to,
    co zesłał los z uśmiechem i miłością.
    Ponieważ policja nie pozwoliła zabrać ciała przed przybyciem lekarza z Komisji Medyczno-Patologicznej, młodzi Żydzi zostali przy zwłokach aż do następnego popołudnia, odmawiając psalmy. Kolejnego dnia – w środę – na miejsce zbrodni dotarł
    niemal cały Wieruszów, choć był to dzień targowy. Ludzie po prostu nie byli w stanie siedzieć spokojnie w domu ani handlować. Po lekarskich oględzinach, ciało zamordowanego, wśród płaczu i lamentów, wyniesiono na rękach z lasu i pogrzebano
    na kirkucie. Zebrani, na czele z rabinem, płakali jak dzieci.
    Pomimo bestialskiego morderstwa, polski sąd znalazł
    dla mordercy okoliczności „łagodzące” (podobno ofiara wyśmiewała zabójcę, choć przecież on sam początkowo
    przedstawiał to inaczej!) i skazał go na 8 lat więzienia.

    Kilka miesięcy później żona zamordowanego urodziła syna, którego – po ojcu męczenniku – nazwała Jakub Kopel Rotbart.

    Opracowała Urszula Szot

  • Przy sederowym stole

    Święto Pesach obchodzone jest na pamiątkę wyjścia Żydów
    z niewoli egipskiej pod wodzą Mojżesza.
    Obchodzi się je przez 8 dni, a najbardziej uroczyste są dwa pierwsze wieczory. Zasiada się wtedy do uroczystej kolacji
    – sederowej.
    Pesach w 1939 roku rozpoczynało się w poniedziałek, 3 kwietnia. Oczami 16-letniej Małki Libki Lewi, mieszkającej z rodziną w Rynku 24, mogło ono wyglądać tak…
    Bardzo lubię święto Pesach, a wieczór sederowy jest wyjątkowy! Dzisiejsza i jutrzejsza noc są chyba najpiękniejsze w roku! Siedzimy wszyscy w jadalni przy rozłożonym stole. Świece palą
    się jasno, a ich światło odbija się migotliwie w srebrnych lichtarzach. U szczytu stołu siedzi tatuś (Izrael Lewi),
    a naprzeciwko – mamusia (Brana z domu Sztachelberg z Kalisza). Przyszedł też wujek Izaak z ciocią Mamelką, oczywiście,
    moi starsi bracia – Michaś (Mosze) i Jakub – z ciocią Hindą
    i Esterką.
    Jeszcze kilka dni temu razem z mamusią, ciocią i Esterką dokładnie wymiatałyśmy chamec z całego domu. Musiałam potem pilnować Esterki, żeby przed poniedziałkiem (pierwszy dzień Pesach) nie nakruszyła gdzieś chleba – to by było prawdziwe nieszczęście!
    Jak co roku z zachwytem patrzyłam, jak w czwartek tatuś
    z Michasiem wynoszą na podwórze wszystkie święte księgi
    i modlitewniki – dobrze, że pogoda dopisała!
    Rozłożyli je na ławkach, krzesłach, drewnianych skrzyniach
    i deskach – one też muszą się przewietrzyć! Chodziłam potem między nimi, wyobrażając sobie, jak oddychają świeżym powietrzem i chłoną słoneczne światło. Widziałam, jak wiatr delikatnie przewraca kartki, jakby chciał sprawdzić, co też tam zostało napisane… Wieczorem wszystkie książki delikatnie przenieśliśmy do biblioteczek przy oknie.
    W piątek od rana ze strychu znosiliśmy świąteczne naczynia.
    Ze śmiechem szukałyśmy z Esterką naszych kubków do wina, tych samych, co w tamtym roku. Szklane i porcelanowe talerze
    na Pesach, używane tylko teraz – kilka dni w roku, należały jeszcze do prababci Małki (to po niej mam imię!) i są przepiękne! Patelnie do ziemniaczanych placuszków i macy, garnki do gotowania jajek i miski do przygotowania chrojsys i muror
    – wszystko musi być obmyte i starannie osuszone.
    Trzeba było się spieszyć, bo przecież wieczorem zaczynał
    się Szabat! A już w poniedziałek wieczorem – Pesach!
    Rodzice i Jakub z ciocią zadbali, żeby wszystkie świąteczne potrawy były odpowiednio przygotowane. W poniedziałek
    rano tatuś zaniósł jeszcze dużą porcję potraw sederowych
    i macy do bóżnicy – żeby podzielić się z biedniejszymi.
    Na śniadanie zjedliśmy resztki chleba, ostatecznie oczyszczając dom z chamecu (kwasu, potraw na zakwasie). Przez chwilę stałam w oknie i patrzyłam na Rynek – Żydzi robili jeszcze ostatnie zakupy, inni w swych sklepach obsługiwali Polaków, którzy wiedzieli przecież, że przez kolejne dwa dni sklepy te będą zamknięte. Dla chrześcijan to też ważny czas – rozpoczął
    się właśnie Wielki Tydzień, w najbliższą niedzielę i poniedziałek
    – za tydzień, będą świętować Wielkanoc.
    W końcu, po gorączkowym dniu – zbliża się zachód słońca…
    To już! Świece palą się jasno, siadamy wszyscy do stołu i Esterka – jako najmłodsza, zgodnie z tradycją, pyta: „Czym ta noc różni się od innych?” Tatuś rozpoczyna czytanie świątecznej Hagady – o plagach, jakie dawno, dawno temu spadły na Egipt
    za prześladowanie Żydów, o wyjściu z niewoli i o cudach czynionych przez Mojżesza. Tatuś tłumaczy niektóre historie: „Gdyby Bóg nie był nas wtedy wyzwolił z Egiptu,
    wówczas my, dzieci nasze i dzieci naszych dzieci byłyby do dziś dnia niewolnikami”.
    Później cudowne słowa psalmu – jak ja ogromnie lubię
    tę modlitwę:
    „Cóż ci jest, morze, że uciekasz?
    Góry, czemu skaczecie jak barany,
    pagórki – niby jagnięta? (…)
    Zadrżyj, ziemio, przed obliczem Pana całej ziemi…” (Ps 114)

    Kolacja smakuje wyśmienicie: zajadam się pysznym chrojsys – słodką masą z jabłek, orzechów i migdałów, zmieszaną z odrobiną wina rodzynkowego, które mają kolor jak cegły, które Żydzi wyrabiali w Egipcie i szybko przełykam odrobinę gorzkiego muror – ostrego chrzanu i sałaty maczanej w słonej wodzie na znak,
    jak ciężka i gorzka była niewolnicza praca. Po trzecim kielichu wina – znowu śpiewamy psalmy.
    Esterka domaga się piosenki o koźlątku – więc śpiewamy
    o kupionym za dwa drobne pieniążki koźlęciu, które zagryzł kot, którego zagryzł pies, który został obity kijem, który spłonął
    w ogniu, zalanym później przez wodę, którą wypił wół, którego zarżnął rzeźnik, który na koniec sam został zabity przez Anioła Śmierci.
    Ja już wiem z kursów religijnych, że koźlątko z tej wyliczanki reprezentuje Żydów prześladowanych przez inne narody.
    Wypijamy czwarty i ostatni kielich wina – każdy z nich przypomina cztery Boskie obietnice wyzwolenia z niewoli:
    „Ja was wyprowadzę… Ja was wybawię… Ja was uwolnię…
    Ja was przyjmę…” (Wj 6,6-8).
    Na środku stołu stoi duży kielich wina, którego nikt nie pije
    – symbolizuje on krew Baranka i przeznaczony jest dla proroka Eliasza, który tej nocy odwiedza wszystkie domy, gdzie świętuje się Pesach. To dlatego mamusia przed ucztą sprawdziła,
    czy na pewno drzwi są uchylone…
    Jak cudowne jest to przygotowanie kielicha dla Niego i otwieranie drzwi, jakby On naprawdę przychodził.
    Jeszcze z Esterką szukamy schowanego wcześniej przez tatusia kawałka macy sederowej. Udaję, że nic nie widzę, żeby Esterka mogła go odnaleźć i cieszyć się słodyczami, które dostaje
    w nagrodę.
    I to już koniec – jest bardzo późno, ale i żal, że ta piękna
    noc już się skończyła.
    Jutro też będzie uroczysta kolacja, ale to już nie to samo.
    Pesach trwa, co prawda, osiem dni, ale gdy mija ta pierwsza noc, to tak, jakby święto już się skończyło…
    Życzymy sobie jeszcze „Przyszłego roku w Jerozolimie” i powoli rozchodzimy się. Wypite wino na pewno pozwoli szybciej zasnąć…

     Czy obchody Święta Pesach u rodziny Lewi w Rynku 24  tak wyglądały? Całkiem możliwe… To w końcu święto, do którego trzeba się bardzo starannie i konkretnie przygotować oraz podczas którego koniecznie trzeba przestrzegać wszystkich zasad. 

    W niespokojnym politycznie kwietniu 1939 roku padły też z pewnością szczere życzenia: „Przyszłego roku w Jerozolimie”.
    Niestety – dla tej rodziny czas, który nadchodził, okazał się najgorszy z możliwych.

    Opracowała Urszula Szot

  • Prawo światła

    W czerwcu 1919 roku, na skutek ostrzału Grenzschutzu – uszkodzeniom uległa m.in. synagoga nad Prosną. Częściowo spłonął bat midrasz – dom modlitwy i szkoła przy synagodze, powstałe w latach 70. XIX wieku, gdzie m.in. uległo zniszczeniu
    ok. 600 książek religijnych oprawionych w skórę i płótno.
    Po remoncie synagogi i rozbudowie znajdujących się przy
    niej budynków, pojawił się problem. Okna jednego z nich wychodziły na sąsiadującą z terenem gminy żydowskiej
    od wschodu posiadłość państwa Jana i Julianny Polaków.
    Kto chciałby być „podglądany” na co dzień przez studiujących
    – nie zawsze pilnie – święte księgi? A i ci w środku nie wyobrażali sobie, żeby ktoś z zewnątrz obserwował ich przez okna w czasie modlitwy. Zdarzało się przecież, że niesforne dzieciaki wrzucały przez okna do synagogi czy szkoły kamienie lub żywe wróble,
    czy przedrzeźniały modlących się.
    W styczniu 1922 roku doszło do prywatnej umowy między Szmulem Judą Goldmanem, przedstawicielem gminy żydowskiej,
    i małżonkami Polak, którzy zobowiązali się sprzedać za 120 tys. marek prawo światła dla czterech okien żydowskiego domu modlitwy, które wychodzą na ich plac oraz zagwarantowali,
    że nie będą stawiać pod oknami żadnych zabudowań.
    Niestety, pod oknami bat midraszu zaczęły pojawiać
    się drewniane szopy.
    Rozmowy i negocjacje ciągnęły się długo. W końcu, w sierpniu 1924 roku, działający w imieniu gminy żydowskiej Henoch Janower, podpisał u notariusza Jana Dreszera umowę – państwo Polakowie na wieczne czasy sprzedają prawo widoku
    tzw. prawo światła) dla czterech okien parterowych i czterech okienek małych od góry na swą nieruchomość. Okna te mają
    być głuche, tzn. nie mogą być otwierane i na pół metra od dołu mają być zamalowane. Ponadto państwo Polakowie zobowiązują się nie stawiać na swojej nieruchomości żadnego budynku
    w odległości mniejszej niż 4 łokcie (ok. 2,5 metra) od linii okien.
    Nie ma informacji, że warunku umowy nie były respektowane…

    Opracowała Urszula Szot

  • Pogrzeb Żydówki Szmulkowej

    Urodzony w 1937 roku Eugeniusz Toruński tak wspomina pogrzeb mieszkającej w jego domu Żydówki: Z (…) wydarzeń jeszcze wcześniejszych, z roku 1940 bardzo ogromne
    wrażenie zrobił na mnie pogrzeb Żydówki mieszkającej
    u nas w domu. Od przed wojny, a dla mnie to od zawsze,
    w pokoiku na piętrze mieszkała rodzina żydowska o nazwisku Szmulek.
    Było to już w czasie okupacji, ale jeszcze matka prowadziła piekarnię, jeszcze Żydzi żyli normalnie, nie w getcie, jeszcze
    nie było krwawej nocy, kiedy ich pomordowane ciała
    wieziono na furmankach przez miasto na miejsce ich wiecznego spoczynku, zraszając obficie krwią bruki ulic. Dość, że żona naszego Szmulka zmarła, a ja akurat znalazłem się w sieni,
    kiedy jej ciało owinięte szczelnie w prześcieradło było znoszone po bardzo stromych schodach, po poręczy, przez wąski korytarz
    i przed domem zwłoki spoczęły na furmance.
    Ulicą ruszył kondukt, a „etatowe” płaczki zawodziły wniebogłosy.

    Opracowała Urszula Szot