O zabójstwie Jakuba Kopela Rotbarta z Wieruszowa,
pamiętano długo.
Pewnego ranka w lipcu 1929 roku w domu kupca Gecela Portka na ul. Piłsudskiego pojawiła się stara wieśniaczka, szlochając
i raz po raz kreśląc znak krzyża na piersi.
Powściągliwy i zrównoważony Gecel początkowo nie zwracał
na staruszkę uwagi. Pewnie – żartował – „wychyliła” o jeden kieliszek za dużo… Kiedy kobieta w końcu
uspokoiła się nieco, drżącym głosem oznajmiła:
– Gdy rano wyszłam na grzyby do lasu koło Parcic, znalazłam martwego Żyda, owiniętego w białe płótna. Z jej chaotycznej
relacji wynikało, że chodziło o tałes – szal modlitewny i tefilin.
Z szybkością błyskawicy straszna wieść rozeszła się po mieście. Panika ogarnęła Żydów, bo wielu z nich trudniło się handlem obwoźnym po okolicznych wsiach. Choć początkowo nie było dokładnie wiadomo, co się stało i gdzie, słyszało się już głosy
o masowych mordach…
Mordka Behagen, radny miejski i wpływowy Żyd, do którego
też dotarły tragiczne informacje, natychmiast udał się
do komendanta policji Urbanka z żądaniem zbadania
sprawy. Ten ociągał się nieco. – Bo ja wiem – stwierdził, – przyszła jakaś pijana baba i opowiada niestworzone historie.
W tym samym czasie do sklepu z odzieżą Josela Kohna
w Parcicach wszedł młody szejgec (chłopak nie-żydowski)
i zapytał o możliwość nabycia garnituru. Ruben Aleksandrowicz, wspólnik Josela, przystąpił do brania wymiarów. Joselowi, który patrzył na to z boku, sprawa wydawała się podejrzana.
Wydało mu się dziwne, że parobek przyszedł kupić garnitur
w zwykły dzień, a nie targowy i – co jeszcze dziwniejsze
– wcale się nie targował, tylko przystał na podaną cenę.
Coś tu było nie tak…
Zasugerował Rubenowi, aby dokładnie brał wymiary
i szczegółowo doradzał klientowi. Ruben zrozumiał sugestię
i, aby zyskać na czasie, poprosił szejgeca, by ten łaskawie
zdjął spodnie – przymiarki „na ciele” są bowiem dokładniejsze,
a zakup garnituru to poważna sprawa, nie kupuje się go przecież codziennie.
Szejgec zgodził się zdjąć ubranie, ale szybko tego pożałował. Przez ułamek sekundy, kiedy zsunął spodnie, Ruben dostrzegł
na jego bieliźnie czerwoną plamę. Krew! – pomyślał. Zauważył
ją też szejgec – szybko się ubrał i rezygnując z kupna garnituru,
który rzekomo mu się nie spodobał, szybko wyszedł.
Josel wysłał jednego ze swoich uczniów, aby dyskretnie szedł
za szejgecem, a Ruben udał się na wieruszowski posterunek,
aby donieść o swoich podejrzeniach.
Dotarł na policję dokładnie w momencie, gdy Mordka Behagen przekonywał Urbanka o konieczności zajęcia się sprawą morderstwa w lesie. Jego informacje spowodowały, że komendant natychmiast wysłał policjanta, aby ten zatrzymał podejrzanego.
Nie było to takie proste, bo szejgec, czując, że jest śledzony, zaczął uciekać przez kręte uliczki pomiędzy szeregami baraków nad rzeką. Być może udałoby mu się zbiec, gdyby nie kilku żydowskich chłopców, którzy, po krótkim pościgu, złapali go
i zaciągnęli na komisariat.
Już na pierwszym przesłuchaniu, po tym, gdy Urbanek kilka razy uderzył go po twarzy, szejgec – ku zdumieniu wszystkich – przyznał się, że jest zabójcą. Z cynicznym uśmiechem opowiedział: „ Gdy wczoraj o świcie szedłem przez las do Czastar,
dostrzegłem Żyda owiniętego białym prześcieradłem z czarnymi paskami. Stał bez ruchu, jakby spał. Uderzyłem go mocno
w głowę. Żyd upadł w kałuży krwi. Gdy zauważyłem, że nie daje już oznak życia, zdjąłem z niego to dziwne prześcieradło
i przeszukałem jego kieszenie, w których znalazłem 780 złotych. Potem poszedłem nad rzekę, umyłem się, wyczyściłem plamy krwi z ubrania i poszedłem do gospody w Czastarach, gdzie się dobrze bawiłem”.
To „dziwne białe prześcieradło” z czarnymi paskami,
to, oczywiście, tałes, który pobożny chasyd zakłada na głowę, odmawiając „szmone esre” – jedną z głównych codziennych
modlitw.
Napięcie w mieście narastało z godziny na godzinę, atmosfera stawała się coraz gęstsza. Wciąż próbowano odgadnąć,
kto został zabity. Kilku żydowskich chłopców zgłosiło się
na ochotnika, aby poszukać ciała, ale okazało się, że to nie będzie
konieczne. Sam zabójca – w obecności policji – wskazał miejsce morderstwa. Gdy tłum zbliżył się, jego oczom ukazał się okropny widok. Okaleczona, trudna do rozpoznania ofiara, leżała
w zakrzepłej kałuży krwi. Rozległy się histeryczne, pełne przerażenia krzyki, na co zabójca – wybuchnął śmiechem.
Zgromadzeni, także chrześcijanie, rzucili się na mordercę, chcąc go zlinczować. Tylko dzięki interwencji policji udało się
go wyprowadzić. Wyjaśniło się, kim jest ofiara. Jakub Wolf Stern rozpoznał swojego szwagra – był to Jakub Kopel Rotbart,
27-letni chasyd pochodzący z Krzepic, pasierb wieruszowskiego
kupca Izraela Dawida Szterna z ul. Klasztornej. Był to łagodny, delikatny, życzliwy wszystkim Żyd. W rodzinnych Krzepicach
był wybitnym kupcem handlującym zbożem. W Wieruszowie,
z braku środków do życia, zajmował się skupem gęsi i handlem
obnośnym, chodząc od wsi do wsi.
Nigdy się na nic nie skarżył, zawsze przyjmował to,
co zesłał los z uśmiechem i miłością.
Ponieważ policja nie pozwoliła zabrać ciała przed przybyciem lekarza z Komisji Medyczno-Patologicznej, młodzi Żydzi zostali przy zwłokach aż do następnego popołudnia, odmawiając psalmy. Kolejnego dnia – w środę – na miejsce zbrodni dotarł
niemal cały Wieruszów, choć był to dzień targowy. Ludzie po prostu nie byli w stanie siedzieć spokojnie w domu ani handlować. Po lekarskich oględzinach, ciało zamordowanego, wśród płaczu i lamentów, wyniesiono na rękach z lasu i pogrzebano
na kirkucie. Zebrani, na czele z rabinem, płakali jak dzieci.
Pomimo bestialskiego morderstwa, polski sąd znalazł
dla mordercy okoliczności „łagodzące” (podobno ofiara wyśmiewała zabójcę, choć przecież on sam początkowo
przedstawiał to inaczej!) i skazał go na 8 lat więzienia.
Kilka miesięcy później żona zamordowanego urodziła syna, którego – po ojcu męczenniku – nazwała Jakub Kopel Rotbart.
Opracowała Urszula Szot

Dodaj komentarz