Wieruszów, lata 30. XX wieku…
Kamienica nr 2 przy ul. Pocztowej (dzisiejsza ul. Mickiewicza) należy do kupca galanteryjnego Szymona Pankowskiego.
Szymsie umiera w 1932, mając 77 lat. Jego żona Ita mieszka
z rodziną córki i pomaga w opiece nad dziećmi. Sklep na parterze przejmuje zięć – Godel Szylit, mąż Frymety. Handluje tu bielizną
i ubraniami.
Wieruszowski Rynek niemal codziennie rozbrzmiewa gwarem kupców, handlarzy i ich klientów. Ale innego rodzaju ruch panuje tu – i w innych miejscach miasta – w każdy piątek po południu. Szczególnie kobiety żydowskie spieszą się, aby zdążyć
ze wszystkim przed świętem – jak tu mówiono – Szabasu.
To święto upamiętniające stworzenie świata oraz wyprowadzenie Izraelitów z Egiptu.
To na głowach kobiet są porządki domowe i przygotowanie świątecznych posiłków, zanim na niebie ukaże się pierwsza gwiazda.
Szczególnie ważne są: chałka (lekko solone drożdżowe pieczywo pszenne), czulent (rodzaj wolno gotowanego gulaszu mięsno-warzywnego z fasolą, kaszą, cebulą i czosnkiem), ryba i słodkości (szczególnie rożinkes mit mandeln – rodzynki z migdałami).
Oczywiście – o takiej uczcie dla rodziny mogła myśleć Frymeta, mająca na to odpowiednie fundusze.
U tych biedniejszych rzadko bywa czulent, a jeżeli już, to tylko
z kaszy i ziemniaków. Często jest to codzienna, najtańsza i najbardziej sycąca – friszenzup, zupa z ziemniaków, czasami
z jakimś warzywem i kawałkiem ryby. Elementem świątecznym
jest szabasowy kompot – ale nie z owoców, których – co prawda – nie brakuje, ale które dla biednych są, mimo wszystko, luksusem. To jest wyjątkowy kompot z marchwi i kalarepy, o specyficznym, słodkawym zapachu i smaku – wspomina po latach Estera Piotrkowska.
W piątkowe popołudnie gorączkowy ruch panuje też w sklepach spożywczych, w których na ostatnią chwilę kupuje się różne artykuły, np. wino na kidusz czy słodkie wypieki prosto z pieca.
W ostatniej chwili przychodzi też wielu chrześcijan, ponieważ
w Szabat żydowskie sklepy będą przecież zamknięte.
Podrastające dzieci zanoszą do najbliższej piekarni zabezpieczone i oznaczone nazwiskiem garnki, zostawiając
je w piecach czulentowych. Dlaczego? Bo w Szabat nie wolno
nic robić – m.in. gotować, ani nawet podgrzewać. W sobotę około południa odbiorą te garnki z powrotem – z gorącym posiłkiem.
A z piekarniami nie ma problemu – w samym Rynku są trzy,
nie licząc polskiej piekarni Wesołowskiego – na rogu z Pocztową.
Na ulicach pojawiają się szamesi – słudzy bóżniczni, zwani
też szkolnikami, a w tym szczególnym czasie, potocznie – szabaskleperami, ze specjalnymi, drewnianymi młotkami.
Idą od domu do domu, do żydowskich sklepów i warsztatów,
i trzykrotnie uderzają w każde drzwi. W ten sposób ostrzegają,
że zbliża się święto i należy natychmiast kończyć pracę.
Pobożny Godel Szylit wrócił już z łaźni. Frymeta – jego żona, przygotowała już ze starszymi dziewczynkami odświętny stół,
na którym leży chałka (symbolizująca mannę zsyłaną Izraelitom na pustyni) i stoi koszerne wino – słodkie i czerwone.
Za chwilę zapalą szabasowe świece w ozdobnych lichtarzach – nieco wcześniej, żeby – broń Boże, nie przegapić zachodu słońca. Zapalenie ich po zachodzie byłoby zbezczeszczeniem Szabatu (dziś robi się to zwyczajowo 18 minut przez zachodem słońca).
W końcu następuje przywitanie Szabatu. Frymeta, jako podpora żydowskiego domu, przyjmując światło szabasowych świec, odmawia błogosławieństwo, prosząc o zdrowie, boską opiekę
na dziećmi i powodzenie w życiu.
Nad kieliszkiem wina jej mąż Godel odmawia kidusz – błogosławieństwo rozpoczynającego się szabatu. Wszyscy spełniają świąteczny toast i teraz już można zacząć jeść.
Uczcie towarzyszą głośne śpiewy szabatowych pieśni, w letnie dni, przy otwartych oknach, słyszalne niemal we wszystkich zakątkach miasta.
Po wieczerzy Godel, podobnie jak inni Żydzi, odświętnie ubrany, idzie do synagogi – na Wrocławskiej. Nie zapomina – oczywiście – o jarmułce / kipie / mycce, czapeczce na czubku głowy.
W zasadzie nosi ją cały czas, co jest wyrazem szacunku dla Boga, choć nie jest obowiązkiem, ale nie może jej na pewno zabraknąć podczas modlitwy lub w synagodze.
W sobotę, do porannej modlitwy, Godel założy filakterie / tefilin – są to dwie małe, czarne, skórzane i sześcienne pudełka / szkatułki z doczepionymi rzemykami. W pudełkach znajdują
się zwitki pergaminu z cytatami z Tory. Jedną zawiąże na ramieniu, w kierunku serca, co ma symbolizować władzę Boga,
a drugą – na czole, co oznacza oddanie Bogu i skupienie uwagi
na Jego woli.
Religijni Żydzi – ortodoksi zwracają szczególną uwagę na to, aby nie wykonać którejś z 39 prac zabronionych w Szabat.
Skoro np. „nie wolno niczego nosić”, opróżniają kieszenie,
a chusteczki zawiązują sobie wokół szyi – stają się one
w ten sposób częścią ubioru, a nie dodatkowo „noszoną” rzeczą. Tałes, modlitewny szal, albo zakładają w domu, aby na modlitwy iść nie obarczonym żadnymi rzeczami, albo małe dzieci
niosą je, wraz ze świętymi księgami, za starszymi.
A w tym czasie młodzi, bardziej „nowocześni”, wychodzą
na spacery, spotykają się ze znajomymi, miło spędzają czas. Podobnie wygląda sobota po porannych modlitwach.
Jeśli trzeba jednak podgrzać jedzenie lub przyrządzić świąteczną kawę – polscy sąsiedzi przychodzą z pomocą i rozpalają w piecu (niekiedy za drobną opłatą). Ich przecież nie obowiązują szabasowe zakazy…
Opracowała Urszula Szot

Dodaj komentarz