Kategoria: Historie i legendy

  • Egzekucja w tartaku

    Z relacji starszej kobiety”


    „O wojnę, proszę pana, to myśmy były obie z siostrą, młode wtedy, wywiezione na roboty. Dobrze, że niezbyt daleko,
    bo nas tylko do majątku za rzekę wywieźli.

    Przy dworze był tartak, co został zarekwirowany przez Niemców
    i był przy nim w tym dworze posterunek niemiecki, żeby tego tartaku pilnować. Pamiętam, jak przed świętami Bożego Narodzenia niemiecki oficer, młody jeszcze chłopak, katolik, odjeżdżał właśnie na świąteczny urlop i bardzo się z tego powodu cieszył. Przyszedł do dworu życzyć państwu spokojnych świąt
    i opowiedzieć o swojej rodzinie, dla której wiózł kiełbasę
    i sprawioną gęś. Czekał tylko na przyjazd swojego zmiennika
    i bardzo się denerwował, że tamten się spóźnia.

    Wtedy właśnie dali znać z tartaku, że przyszło tych dwoje.
    To była para Żydów z lasu. Ojciec z córką. Inteligenci. Z klasą.
    On stary. Ona młoda i piękna. Zmarnowani tacy. Wymarznięci
    i obdarci. Po co przyszli? Zgłosili się dobrowolnie na posterunek żeby ich zastrzelić, bo jak mówili, nie mają już siły dalej prowadzić takiego życia jak od ponad roku. Bo, panie kochany, po tych lasach to tam się żydostwa wtedy chowało podobno bardzo dużo!

    Oficer był zły o to, że przyszli. Szły święta i nie czuł się wcale
    w nastroju do strzelania Żydów. Poza tym okazało się, że na posterunku nie ma już naboi do karabinów. Naboje miał przywieźć ze sobą jego zmiennik, ale nadal go nie było. Poszedł jakoś
    tą sprawę załatwić, a ci dwoje cały czas stali przed gankiem.
    Pani wyszła do nich i prosiła, namawiała, żeby uciekali albo schronili się gdzieś na wsi. Że przecież to szaleństwo
    tak na śmierć czekać na mrozie… Powiedzieli, że nie chcą.
    Gdyby była jakaś nadzieja… – powiedzieli. Ale nadziei nie ma…

    I czekali tak, wyobraź pan sobie, do samego wieczora, aż tamten te kule przywiezie. Bo ten oficer to się doczekać nie mógł i posłał jednego na rowerze na sąsiedni posterunek po te kule.
    Gdy wreszcie wrócił ten z tymi kulami, to oficer wyprowadził
    ich pod stodołę i zastrzelił oboje. Ten stary to nawet nie syknął. Ta młoda tylko tak się jakoś odsunęła na bok i źle ją trafił
    za pierwszym razem. Dwa razy jeszcze musiał jej w głowę strzelać, bo mu się po śniegu rzucała.”

    Opracował Grzegorz Szymański

  • Zabójstwo Rotbart

    24 lipca 1929 roku w łódzkich gazetach „Hasło Łódzkie”
    i „Rozwój” ukazała się informacja na temat tragicznych wydarzeń w okolicach Wieruszowa.
    W jednej tytuł głosi: „Skrwawione 10-złotówki na drodze naprowadziły na ślad ohydnej zbrodni. Zmasakrowane zwłoki przykryte wrzosem”.
    Druga informuje na wstępie: „18-letni parobczak zabójcą.
    Dla tysiąca złotych zamordował handlarza gęsi”.
    A oto treść informacji:
    „Na drodze pomiędzy Wieruszowem a wsią Przywory, w lesie państwowym Chróścin, udająca się wczoraj do lasu niejaka Gomółkowa znalazła 4 skrwawione banknoty 10-złotowe
    oraz spostrzegła dokoła ślady krwi.
    Tknięta złem przeczuciem kobieta powróciła do Wieruszowa
    i zawiadomiła posterunek policyjny.
    Policjanci, przybywszy na miejsce, wszczęli poszukiwania
    i wkrótce znaleźli w gąszczu straszliwie zmasakrowane ciało mężczyzny z licznemi ranami na całem ciele,
    pochodzącemi od ciosów nożem i uderzeń tępem narzędziem.
    Dochodzenie stwierdziło, iż zabitym jest handlarz gęsi
    z Wieruszowa, Kopel Rotbart, który, jak zeznała jego żona, zabrawszy wczoraj ponad 1000 złotych gotówki, udał się do
    Przyworów celem zakupu gęsi.
    Policja wkrótce wpadła na ślad mordercy i aresztowała
    w Wieruszowie 18-letniego Lisowskiego i jego kolegę, Ochędzana.
    W krzyżowym ogniu pytań zeznali oni, że Lisowski, pragnąc zdobyć większą ilość pieniędzy, począł obserwować Rotbarta
    i gdy ten przechodził przez las, napadł na niego.
    Rotbart bronił się zawzięcie, otrzymawszy jednak kilka ciosów nożem i kolbą dubeltówki, padł martwy.
    Lisowski ukrył zwłoki w dole i nakrył je wrzosem. Następnie udał się do Ochędzana i razem poszli do Wieruszowa po zakupy.
    Obu oddano do dyspozycji sędziego śledczego”.
    Tyle notatki prasowe. Dla orientacji – w latach trzydziestych średnia pensja w Polsce wynosiła około 250 zł (ale zwykły robotnik otrzymywał średnio tylko 105 zł miesięcznie).
    Wydarzenie to wstrząsnęło opinią publiczną Wieruszowa i okolicy i długo było tematem rozmów. W najbliższym czasie przedstawię tę historię ze wspomnień wieruszowskich Żydów…

    Opracowała Urszula Szot

  • Zabójstwo Jakuba Kopela

    O zabójstwie Jakuba Kopela Rotbarta z Wieruszowa,
    pamiętano długo.
    Pewnego ranka w lipcu 1929 roku w domu kupca Gecela Portka na ul. Piłsudskiego pojawiła się stara wieśniaczka, szlochając
    i raz po raz kreśląc znak krzyża na piersi.
    Powściągliwy i zrównoważony Gecel początkowo nie zwracał
    na staruszkę uwagi. Pewnie – żartował – „wychyliła” o jeden kieliszek za dużo… Kiedy kobieta w końcu
    uspokoiła się nieco, drżącym głosem oznajmiła:
    – Gdy rano wyszłam na grzyby do lasu koło Parcic, znalazłam martwego Żyda, owiniętego w białe płótna. Z jej chaotycznej
    relacji wynikało, że chodziło o tałes – szal modlitewny i tefilin.
    Z szybkością błyskawicy straszna wieść rozeszła się po mieście. Panika ogarnęła Żydów, bo wielu z nich trudniło się handlem obwoźnym po okolicznych wsiach. Choć początkowo nie było dokładnie wiadomo, co się stało i gdzie, słyszało się już głosy
    o masowych mordach…
    Mordka Behagen, radny miejski i wpływowy Żyd, do którego
    też dotarły tragiczne informacje, natychmiast udał się
    do komendanta policji Urbanka z żądaniem zbadania
    sprawy. Ten ociągał się nieco. – Bo ja wiem – stwierdził, – przyszła jakaś pijana baba i opowiada niestworzone historie.
    W tym samym czasie do sklepu z odzieżą Josela Kohna
    w Parcicach wszedł młody szejgec (chłopak nie-żydowski)
    i zapytał o możliwość nabycia garnituru. Ruben Aleksandrowicz, wspólnik Josela, przystąpił do brania wymiarów. Joselowi, który patrzył na to z boku, sprawa wydawała się podejrzana.
    Wydało mu się dziwne, że parobek przyszedł kupić garnitur
    w zwykły dzień, a nie targowy i – co jeszcze dziwniejsze
    – wcale się nie targował, tylko przystał na podaną cenę.
    Coś tu było nie tak…
    Zasugerował Rubenowi, aby dokładnie brał wymiary
    i szczegółowo doradzał klientowi. Ruben zrozumiał sugestię
    i, aby zyskać na czasie, poprosił szejgeca, by ten łaskawie
    zdjął spodnie – przymiarki „na ciele” są bowiem dokładniejsze,
    a zakup garnituru to poważna sprawa, nie kupuje się go przecież codziennie.
    Szejgec zgodził się zdjąć ubranie, ale szybko tego pożałował. Przez ułamek sekundy, kiedy zsunął spodnie, Ruben dostrzegł
    na jego bieliźnie czerwoną plamę. Krew! – pomyślał. Zauważył
    ją też szejgec – szybko się ubrał i rezygnując z kupna garnituru,
    który rzekomo mu się nie spodobał, szybko wyszedł.
    Josel wysłał jednego ze swoich uczniów, aby dyskretnie szedł
    za szejgecem, a Ruben udał się na wieruszowski posterunek,
    aby donieść o swoich podejrzeniach.
    Dotarł na policję dokładnie w momencie, gdy Mordka Behagen przekonywał Urbanka o konieczności zajęcia się sprawą morderstwa w lesie. Jego informacje spowodowały, że komendant natychmiast wysłał policjanta, aby ten zatrzymał podejrzanego.
    Nie było to takie proste, bo szejgec, czując, że jest śledzony, zaczął uciekać przez kręte uliczki pomiędzy szeregami baraków nad rzeką. Być może udałoby mu się zbiec, gdyby nie kilku żydowskich chłopców, którzy, po krótkim pościgu, złapali go
    i zaciągnęli na komisariat.
    Już na pierwszym przesłuchaniu, po tym, gdy Urbanek kilka razy uderzył go po twarzy, szejgec – ku zdumieniu wszystkich – przyznał się, że jest zabójcą. Z cynicznym uśmiechem opowiedział: „ Gdy wczoraj o świcie szedłem przez las do Czastar,
    dostrzegłem Żyda owiniętego białym prześcieradłem z czarnymi paskami. Stał bez ruchu, jakby spał. Uderzyłem go mocno
    w głowę. Żyd upadł w kałuży krwi. Gdy zauważyłem, że nie daje już oznak życia, zdjąłem z niego to dziwne prześcieradło
    i przeszukałem jego kieszenie, w których znalazłem 780 złotych. Potem poszedłem nad rzekę, umyłem się, wyczyściłem plamy krwi z ubrania i poszedłem do gospody w Czastarach, gdzie się dobrze bawiłem”.
    To „dziwne białe prześcieradło” z czarnymi paskami,
    to, oczywiście, tałes, który pobożny chasyd zakłada na głowę, odmawiając „szmone esre” – jedną z głównych codziennych
    modlitw.
    Napięcie w mieście narastało z godziny na godzinę, atmosfera stawała się coraz gęstsza. Wciąż próbowano odgadnąć,
    kto został zabity. Kilku żydowskich chłopców zgłosiło się
    na ochotnika, aby poszukać ciała, ale okazało się, że to nie będzie
    konieczne. Sam zabójca – w obecności policji – wskazał miejsce morderstwa. Gdy tłum zbliżył się, jego oczom ukazał się okropny widok. Okaleczona, trudna do rozpoznania ofiara, leżała
    w zakrzepłej kałuży krwi. Rozległy się histeryczne, pełne przerażenia krzyki, na co zabójca – wybuchnął śmiechem.
    Zgromadzeni, także chrześcijanie, rzucili się na mordercę, chcąc go zlinczować. Tylko dzięki interwencji policji udało się
    go wyprowadzić. Wyjaśniło się, kim jest ofiara. Jakub Wolf Stern rozpoznał swojego szwagra – był to Jakub Kopel Rotbart,
    27-letni chasyd pochodzący z Krzepic, pasierb wieruszowskiego
    kupca Izraela Dawida Szterna z ul. Klasztornej. Był to łagodny, delikatny, życzliwy wszystkim Żyd. W rodzinnych Krzepicach
    był wybitnym kupcem handlującym zbożem. W Wieruszowie,
    z braku środków do życia, zajmował się skupem gęsi i handlem
    obnośnym, chodząc od wsi do wsi.
    Nigdy się na nic nie skarżył, zawsze przyjmował to,
    co zesłał los z uśmiechem i miłością.
    Ponieważ policja nie pozwoliła zabrać ciała przed przybyciem lekarza z Komisji Medyczno-Patologicznej, młodzi Żydzi zostali przy zwłokach aż do następnego popołudnia, odmawiając psalmy. Kolejnego dnia – w środę – na miejsce zbrodni dotarł
    niemal cały Wieruszów, choć był to dzień targowy. Ludzie po prostu nie byli w stanie siedzieć spokojnie w domu ani handlować. Po lekarskich oględzinach, ciało zamordowanego, wśród płaczu i lamentów, wyniesiono na rękach z lasu i pogrzebano
    na kirkucie. Zebrani, na czele z rabinem, płakali jak dzieci.
    Pomimo bestialskiego morderstwa, polski sąd znalazł
    dla mordercy okoliczności „łagodzące” (podobno ofiara wyśmiewała zabójcę, choć przecież on sam początkowo
    przedstawiał to inaczej!) i skazał go na 8 lat więzienia.

    Kilka miesięcy później żona zamordowanego urodziła syna, którego – po ojcu męczenniku – nazwała Jakub Kopel Rotbart.

    Opracowała Urszula Szot

  • Przy sederowym stole

    Święto Pesach obchodzone jest na pamiątkę wyjścia Żydów
    z niewoli egipskiej pod wodzą Mojżesza.
    Obchodzi się je przez 8 dni, a najbardziej uroczyste są dwa pierwsze wieczory. Zasiada się wtedy do uroczystej kolacji
    – sederowej.
    Pesach w 1939 roku rozpoczynało się w poniedziałek, 3 kwietnia. Oczami 16-letniej Małki Libki Lewi, mieszkającej z rodziną w Rynku 24, mogło ono wyglądać tak…
    Bardzo lubię święto Pesach, a wieczór sederowy jest wyjątkowy! Dzisiejsza i jutrzejsza noc są chyba najpiękniejsze w roku! Siedzimy wszyscy w jadalni przy rozłożonym stole. Świece palą
    się jasno, a ich światło odbija się migotliwie w srebrnych lichtarzach. U szczytu stołu siedzi tatuś (Izrael Lewi),
    a naprzeciwko – mamusia (Brana z domu Sztachelberg z Kalisza). Przyszedł też wujek Izaak z ciocią Mamelką, oczywiście,
    moi starsi bracia – Michaś (Mosze) i Jakub – z ciocią Hindą
    i Esterką.
    Jeszcze kilka dni temu razem z mamusią, ciocią i Esterką dokładnie wymiatałyśmy chamec z całego domu. Musiałam potem pilnować Esterki, żeby przed poniedziałkiem (pierwszy dzień Pesach) nie nakruszyła gdzieś chleba – to by było prawdziwe nieszczęście!
    Jak co roku z zachwytem patrzyłam, jak w czwartek tatuś
    z Michasiem wynoszą na podwórze wszystkie święte księgi
    i modlitewniki – dobrze, że pogoda dopisała!
    Rozłożyli je na ławkach, krzesłach, drewnianych skrzyniach
    i deskach – one też muszą się przewietrzyć! Chodziłam potem między nimi, wyobrażając sobie, jak oddychają świeżym powietrzem i chłoną słoneczne światło. Widziałam, jak wiatr delikatnie przewraca kartki, jakby chciał sprawdzić, co też tam zostało napisane… Wieczorem wszystkie książki delikatnie przenieśliśmy do biblioteczek przy oknie.
    W piątek od rana ze strychu znosiliśmy świąteczne naczynia.
    Ze śmiechem szukałyśmy z Esterką naszych kubków do wina, tych samych, co w tamtym roku. Szklane i porcelanowe talerze
    na Pesach, używane tylko teraz – kilka dni w roku, należały jeszcze do prababci Małki (to po niej mam imię!) i są przepiękne! Patelnie do ziemniaczanych placuszków i macy, garnki do gotowania jajek i miski do przygotowania chrojsys i muror
    – wszystko musi być obmyte i starannie osuszone.
    Trzeba było się spieszyć, bo przecież wieczorem zaczynał
    się Szabat! A już w poniedziałek wieczorem – Pesach!
    Rodzice i Jakub z ciocią zadbali, żeby wszystkie świąteczne potrawy były odpowiednio przygotowane. W poniedziałek
    rano tatuś zaniósł jeszcze dużą porcję potraw sederowych
    i macy do bóżnicy – żeby podzielić się z biedniejszymi.
    Na śniadanie zjedliśmy resztki chleba, ostatecznie oczyszczając dom z chamecu (kwasu, potraw na zakwasie). Przez chwilę stałam w oknie i patrzyłam na Rynek – Żydzi robili jeszcze ostatnie zakupy, inni w swych sklepach obsługiwali Polaków, którzy wiedzieli przecież, że przez kolejne dwa dni sklepy te będą zamknięte. Dla chrześcijan to też ważny czas – rozpoczął
    się właśnie Wielki Tydzień, w najbliższą niedzielę i poniedziałek
    – za tydzień, będą świętować Wielkanoc.
    W końcu, po gorączkowym dniu – zbliża się zachód słońca…
    To już! Świece palą się jasno, siadamy wszyscy do stołu i Esterka – jako najmłodsza, zgodnie z tradycją, pyta: „Czym ta noc różni się od innych?” Tatuś rozpoczyna czytanie świątecznej Hagady – o plagach, jakie dawno, dawno temu spadły na Egipt
    za prześladowanie Żydów, o wyjściu z niewoli i o cudach czynionych przez Mojżesza. Tatuś tłumaczy niektóre historie: „Gdyby Bóg nie był nas wtedy wyzwolił z Egiptu,
    wówczas my, dzieci nasze i dzieci naszych dzieci byłyby do dziś dnia niewolnikami”.
    Później cudowne słowa psalmu – jak ja ogromnie lubię
    tę modlitwę:
    „Cóż ci jest, morze, że uciekasz?
    Góry, czemu skaczecie jak barany,
    pagórki – niby jagnięta? (…)
    Zadrżyj, ziemio, przed obliczem Pana całej ziemi…” (Ps 114)

    Kolacja smakuje wyśmienicie: zajadam się pysznym chrojsys – słodką masą z jabłek, orzechów i migdałów, zmieszaną z odrobiną wina rodzynkowego, które mają kolor jak cegły, które Żydzi wyrabiali w Egipcie i szybko przełykam odrobinę gorzkiego muror – ostrego chrzanu i sałaty maczanej w słonej wodzie na znak,
    jak ciężka i gorzka była niewolnicza praca. Po trzecim kielichu wina – znowu śpiewamy psalmy.
    Esterka domaga się piosenki o koźlątku – więc śpiewamy
    o kupionym za dwa drobne pieniążki koźlęciu, które zagryzł kot, którego zagryzł pies, który został obity kijem, który spłonął
    w ogniu, zalanym później przez wodę, którą wypił wół, którego zarżnął rzeźnik, który na koniec sam został zabity przez Anioła Śmierci.
    Ja już wiem z kursów religijnych, że koźlątko z tej wyliczanki reprezentuje Żydów prześladowanych przez inne narody.
    Wypijamy czwarty i ostatni kielich wina – każdy z nich przypomina cztery Boskie obietnice wyzwolenia z niewoli:
    „Ja was wyprowadzę… Ja was wybawię… Ja was uwolnię…
    Ja was przyjmę…” (Wj 6,6-8).
    Na środku stołu stoi duży kielich wina, którego nikt nie pije
    – symbolizuje on krew Baranka i przeznaczony jest dla proroka Eliasza, który tej nocy odwiedza wszystkie domy, gdzie świętuje się Pesach. To dlatego mamusia przed ucztą sprawdziła,
    czy na pewno drzwi są uchylone…
    Jak cudowne jest to przygotowanie kielicha dla Niego i otwieranie drzwi, jakby On naprawdę przychodził.
    Jeszcze z Esterką szukamy schowanego wcześniej przez tatusia kawałka macy sederowej. Udaję, że nic nie widzę, żeby Esterka mogła go odnaleźć i cieszyć się słodyczami, które dostaje
    w nagrodę.
    I to już koniec – jest bardzo późno, ale i żal, że ta piękna
    noc już się skończyła.
    Jutro też będzie uroczysta kolacja, ale to już nie to samo.
    Pesach trwa, co prawda, osiem dni, ale gdy mija ta pierwsza noc, to tak, jakby święto już się skończyło…
    Życzymy sobie jeszcze „Przyszłego roku w Jerozolimie” i powoli rozchodzimy się. Wypite wino na pewno pozwoli szybciej zasnąć…

     Czy obchody Święta Pesach u rodziny Lewi w Rynku 24  tak wyglądały? Całkiem możliwe… To w końcu święto, do którego trzeba się bardzo starannie i konkretnie przygotować oraz podczas którego koniecznie trzeba przestrzegać wszystkich zasad. 

    W niespokojnym politycznie kwietniu 1939 roku padły też z pewnością szczere życzenia: „Przyszłego roku w Jerozolimie”.
    Niestety – dla tej rodziny czas, który nadchodził, okazał się najgorszy z możliwych.

    Opracowała Urszula Szot

  • Prawo światła

    W czerwcu 1919 roku, na skutek ostrzału Grenzschutzu – uszkodzeniom uległa m.in. synagoga nad Prosną. Częściowo spłonął bat midrasz – dom modlitwy i szkoła przy synagodze, powstałe w latach 70. XIX wieku, gdzie m.in. uległo zniszczeniu
    ok. 600 książek religijnych oprawionych w skórę i płótno.
    Po remoncie synagogi i rozbudowie znajdujących się przy
    niej budynków, pojawił się problem. Okna jednego z nich wychodziły na sąsiadującą z terenem gminy żydowskiej
    od wschodu posiadłość państwa Jana i Julianny Polaków.
    Kto chciałby być „podglądany” na co dzień przez studiujących
    – nie zawsze pilnie – święte księgi? A i ci w środku nie wyobrażali sobie, żeby ktoś z zewnątrz obserwował ich przez okna w czasie modlitwy. Zdarzało się przecież, że niesforne dzieciaki wrzucały przez okna do synagogi czy szkoły kamienie lub żywe wróble,
    czy przedrzeźniały modlących się.
    W styczniu 1922 roku doszło do prywatnej umowy między Szmulem Judą Goldmanem, przedstawicielem gminy żydowskiej,
    i małżonkami Polak, którzy zobowiązali się sprzedać za 120 tys. marek prawo światła dla czterech okien żydowskiego domu modlitwy, które wychodzą na ich plac oraz zagwarantowali,
    że nie będą stawiać pod oknami żadnych zabudowań.
    Niestety, pod oknami bat midraszu zaczęły pojawiać
    się drewniane szopy.
    Rozmowy i negocjacje ciągnęły się długo. W końcu, w sierpniu 1924 roku, działający w imieniu gminy żydowskiej Henoch Janower, podpisał u notariusza Jana Dreszera umowę – państwo Polakowie na wieczne czasy sprzedają prawo widoku
    tzw. prawo światła) dla czterech okien parterowych i czterech okienek małych od góry na swą nieruchomość. Okna te mają
    być głuche, tzn. nie mogą być otwierane i na pół metra od dołu mają być zamalowane. Ponadto państwo Polakowie zobowiązują się nie stawiać na swojej nieruchomości żadnego budynku
    w odległości mniejszej niż 4 łokcie (ok. 2,5 metra) od linii okien.
    Nie ma informacji, że warunku umowy nie były respektowane…

    Opracowała Urszula Szot

  • Pogrzeb Żydówki Szmulkowej

    Urodzony w 1937 roku Eugeniusz Toruński tak wspomina pogrzeb mieszkającej w jego domu Żydówki: Z (…) wydarzeń jeszcze wcześniejszych, z roku 1940 bardzo ogromne
    wrażenie zrobił na mnie pogrzeb Żydówki mieszkającej
    u nas w domu. Od przed wojny, a dla mnie to od zawsze,
    w pokoiku na piętrze mieszkała rodzina żydowska o nazwisku Szmulek.
    Było to już w czasie okupacji, ale jeszcze matka prowadziła piekarnię, jeszcze Żydzi żyli normalnie, nie w getcie, jeszcze
    nie było krwawej nocy, kiedy ich pomordowane ciała
    wieziono na furmankach przez miasto na miejsce ich wiecznego spoczynku, zraszając obficie krwią bruki ulic. Dość, że żona naszego Szmulka zmarła, a ja akurat znalazłem się w sieni,
    kiedy jej ciało owinięte szczelnie w prześcieradło było znoszone po bardzo stromych schodach, po poręczy, przez wąski korytarz
    i przed domem zwłoki spoczęły na furmance.
    Ulicą ruszył kondukt, a „etatowe” płaczki zawodziły wniebogłosy.

    Opracowała Urszula Szot

  • O biskupie i rabinie

    W 1930 roku odwiedził Wieruszów arcybiskup częstochowski Teodor Kubina. Żydzi gorączkowo przygotowywali
    się na powitanie ważnego gościa. Przy domu kupca Adama
    Kasriela (ul. Piłsudskiego 17), już niedaleko Rynku, została ustawiona ozdobna brama.
    Nad bramą, na całej szerokości ulicy, rozwieszono napis:
    „Witaj! Niech będzie błogosławione Twoje wejście i wyjście!”. Ozdobny napis przygotował Mosze Ezer – wieruszowski artysta malarz, który ukończył Bezalel – Akademię Sztuk Pięknych
    i Wzornictwa w Jerozolimie oraz studia we Francji. Litery zostały pomalowane na niebiesko na białym tle, co goje
    (nie-żydzi, chrześcijanie) uznali – i słusznie – za demonstrację syjonizmu. Co ciekawe, nie była to „oficjalna”, powitalna brama żydowska. Ta znajdowała się niedaleko wjazdu do miasta od strony Wielunia, przy domu kupca Szlomo Ruska (ul.
    Piłsudskiego 77). Tam oczekiwała delegacja ważnych wieruszowskich osobistości. Byli wśród nich: przewodniczący gminy żydowskiej – Mosze Hersz Pankowski, członkowie
    zarządu –Mordechaj Szmuel Zelkowicz, Mordka Behagen i Izrael Dawid Sztern, szames (pomocnik w synagodze, sługa bóżniczy)
    – Samson Mosze Manes oraz rabin – Abraham Mendel Orenbach.
    Cóż to był za widok! Rabin trzymał na rękach zwój Tory, a szames – złotą tacę z chlebem i solą, które, zgodnie ze zwyczajem, podawano gościom. Gdy Gość podszedł do zebranych, wszyscy szeptem wypowiadali słowa powitania i zapewniali, że to dla nich
    wielki zaszczyt.
    Arcybiskup podziękował za powitanie – po hebrajsku!
    I chociaż arcybiskup Kubina wypowiedział zaledwie jedno zdanie złożone z trzech słów: „Dziękuję wam, Żydzi!”,
    wśród wieruszowskich Żydów błyskawicznie rozeszły się wieści
    – „Czy słyszałeś, że biskup rozmawia z naszym rabinem?”

    Opracowała Urszula Szot

  • Modlitwa Kadisz Synagoga


    El Malei Rachamim jest modlitwą, którą zaczęto odmawiać w Europie dla uczczenia męczenników wypraw krzyżowych.
    „Boże pełen miłosierdzia, który mieszkasz na wysokościach,
    daj odpoczynek pod skrzydłami Twojej Obecności duszy zmarłego. Oby odpoczywała ona w Ogrodzie Edenu, oby Dawca Miłosierdzia przygarnął go pod cień Swoich skrzydeł na wieki i oby związał jego duszę węzłem życia. Bóg jest jego dziedzictwem – oby wytchnął on w pokoju na miejscu swojego spoczynku”.

    Istnieje wiele jej wersji, ale nasz dzisiejszy kadisz jest tą, którą odmawiano dla pocieszenia cierpiących, opłakujących swojego bliskiego zmarłego. Pochodzi ona z XIII wieku, z okresu
    wypraw krzyżowych. Ten kadisz nie wspomina ani słowem
    o śmierci, wyraża natomiast głęboką wiarę. Modlitwą tą wielbimy Boga i błagamy Go o nadejście Królestwa Niebieskiego.

    Opracowała Urszula Szot

  • Ksiądz i język, ul. Dąbrowskiego 12

    Każdego roku księża z Wieruszowa obchodzili miasto i okoliczne wsie – w okolicy święta Chanuki – nazywając ten zwyczaj kolędą. Zwykle obchód organizował proboszcz – dr Kott, który wyjątkowo nie lubił Żydów. Wchodził do każdego chrześcijańskiego domu,
    przyjmował chleb i przysmaki, które przygotowali mieszkańcy.
    Pewnego roku w naszej okolicy pojawił się młody „klecha”.
    Ku naszemu zdziwieniu oświadczył, że skoro chodzi z kolędą
    na tym terenie, chce i nas odwiedzić, o ile zgodzimy się na jego wizytę. Oczywiście, zgodziliśmy się.
    Byliśmy zdumieni, gdy zaczął do nas mówić płynnie po hebrajsku. Okazało się, że studiował w Bejrucie w szkole językowej (po wielu latach odkryłem, że ta szkoła była wykorzystywana jako tajna szkoła brytyjskiego wywiadu). Tam nauczył się hebrajskiego
    i innych języków semickich. Na naszą cześć wyrecytował
    po hebrajsku lament króla Dawida po śmierci Saula i jego syna Jonatana, rozpoczynający się od słów: „Góry Gilboa!
    Ani rosy, ani deszczu niech na was nie będzie, ani pól żyznych!”
    (2 Sm 1,21)
    Jak bardzo byłem wtedy zazdrosny o jego znajomość hebrajskiego! Opowiedział nam też o swoich licznych wizytach
    w Palestynie – w Jerozolimie, Hajfie i innych miejscach, które odwiedził. Zachęcał mnie do nauki hebrajskiego: – Wy, Żydzi,
    macie taki piękny język, uczcie się go zamiast tego „niemieckiego żargonu” (mówił tu o jidysz).
    Od tego czasu naprawdę zacząłem uczyć się hebrajskiego…

    Opracowała Urszula Szot

  • Komitet ds. biedy, ul. Piłsudskiego

    W czerwcu 1919 roku większość Wieruszowa spłonęła w wyniku niemieckiego bombardowania. W mieście nastała wielka bieda. Wiele rodzin straciło dach nad głową. Szanowanych niegdyś kupców nie było stać na kawałek chleba.
    W tym czasie w Warszawie odbywała się konferencja syjonistyczna, na którą zaproszono Herszela Berkowicza
    z Lututowa i mnie – Manusa (Chila Majera) Kasriela z Wieruszowa, jako przedstawicieli powiatu wieluńskiego.
    Skorzystałem z okazji i postarałem się o list polecający od byłego producenta papieru w Mirkowie pod Wieruszowem – Edwarda Natansona do dr Bogena, sekretarza Centralnego Komitetu Ratunkowego.
    Wspólnie z przewodniczącym warszawskiej gminy żydowskiej
    i działaczem Mizrachi – Herszelem Farbsztajnem organizowaliśmy konferencję prasową, podczas której opowiadałem o sytuacji
    w Wieruszowie. Była tam też obecna m.in. delegacja ze Stanów
    Zjednoczonych z generałem Edgarem Jadwinem i zaufanym człowiekiem prezydenta Wilsona – Henry’m Morgenthau’em.
    Wszyscy byli bardzo poruszeni sytuacją wieruszowian.
    Komitet Ratunkowy szybko zdecydował o wysłaniu do miasta dużej ilości artykułów spożywczych i odzieży. Poza tym otrzymałem sporą sumę pieniędzy do rozdania wśród potrzebujących.
    Po moim powrocie do Wieruszowa wybraliśmy komitet do sprawiedliwego rozdziału otrzymanych rzeczy i pieniędzy.
    Oprócz mnie, w skład komitetu wchodzili szanowani kupcy
    z Rynku: Izrael Engelman, Szlomo Grosberg, Gabriel Kohn i Tobiasz Kasriel oraz Jakub Majer Russek – kupiec z ul. Warszawskiej (później: Piłsudskiego).

    Opracowała Urszula Szot