Kategoria: Kulinaria

  • Dlaczego Żydzi nie jedzą wieprzowiny?



    Pewnego razu chcieli Żydzi dowiedzieć się i wypróbować,
    czy Pan Jezus jest wszechwiedzącym, schowali więc swoją ciocię wraz z dziećmi pod koryto i złośliwie zaczęli pytać:
    „Zgadnij, kto tam jest pod korytem?”
    „A cóż innego, jak nie świnia z prosiętami!”

    Żydzi zaczęli się śmiać i odkryli koryto, wyskoczyła tedy
    z pod koryta świnia z prosiętami.
    Dlatego też Żydzi od tego czasu nie jedzą świni, bo się boją,
    by swojej ciotki nie zjedli.

    (O świniach powstałych z ludzi w D. Simonides; Dlaczego drzewa przestały mówić?, Opole
    2010, str. 89.)

    Opracował Grzegorz Szymański

  • Szabatowe rytuały

    Wieruszów, lata 30. XX wieku…    

    Kamienica nr 2 przy ul. Pocztowej (dzisiejsza ul. Mickiewicza) należy do kupca galanteryjnego Szymona Pankowskiego.
    Szymsie umiera w 1932, mając 77 lat. Jego żona Ita mieszka
    z rodziną córki i pomaga w opiece nad dziećmi. Sklep na parterze przejmuje zięć – Godel Szylit, mąż Frymety. Handluje tu bielizną
    i ubraniami. 

    Wieruszowski Rynek niemal codziennie rozbrzmiewa gwarem kupców, handlarzy i ich klientów. Ale innego rodzaju ruch panuje tu – i w innych miejscach miasta – w każdy piątek po południu. Szczególnie kobiety żydowskie spieszą się, aby zdążyć
    ze wszystkim przed świętem – jak tu mówiono – Szabasu.
    To święto upamiętniające stworzenie świata oraz  wyprowadzenie Izraelitów z Egiptu.

    To na głowach kobiet są porządki domowe i przygotowanie świątecznych posiłków, zanim na niebie ukaże się pierwsza gwiazda.

    Szczególnie ważne są: chałka (lekko solone drożdżowe pieczywo pszenne), czulent (rodzaj wolno gotowanego gulaszu mięsno-warzywnego z fasolą, kaszą, cebulą i czosnkiem), ryba i słodkości (szczególnie rożinkes mit mandeln – rodzynki z migdałami). 

    Oczywiście – o takiej uczcie dla rodziny mogła myśleć Frymeta, mająca na to odpowiednie fundusze.

    U tych biedniejszych rzadko bywa czulent, a jeżeli już, to tylko
    z kaszy i ziemniaków. Często jest to codzienna, najtańsza i najbardziej sycąca – friszenzup, zupa z ziemniaków, czasami
    z jakimś warzywem i kawałkiem ryby. Elementem świątecznym
    jest szabasowy kompot – ale nie z owoców, których – co prawda – nie brakuje, ale które dla biednych są, mimo wszystko, luksusem. To jest wyjątkowy kompot z marchwi i kalarepy, o specyficznym, słodkawym zapachu i smaku – wspomina po latach Estera Piotrkowska. 

    W piątkowe popołudnie gorączkowy ruch panuje też w sklepach spożywczych, w których na ostatnią chwilę kupuje się różne artykuły, np. wino na kidusz czy słodkie wypieki prosto z pieca.
    W ostatniej chwili przychodzi też wielu chrześcijan, ponieważ
    w Szabat żydowskie sklepy będą przecież zamknięte. 

    Podrastające dzieci zanoszą do najbliższej piekarni zabezpieczone i oznaczone nazwiskiem garnki, zostawiając
    je w piecach czulentowych. Dlaczego? Bo w Szabat nie wolno
    nic robić – m.in. gotować, ani nawet podgrzewać. W sobotę około południa odbiorą te garnki z powrotem – z gorącym posiłkiem.
    A z piekarniami nie ma problemu – w samym Rynku są trzy,
    nie licząc polskiej piekarni Wesołowskiego – na rogu z Pocztową. 

     Na ulicach pojawiają się szamesi – słudzy bóżniczni, zwani
    też szkolnikami, a w tym szczególnym czasie, potocznie – szabaskleperami, ze specjalnymi, drewnianymi młotkami.
    Idą od domu do domu, do żydowskich sklepów i warsztatów,
    i trzykrotnie uderzają w każde drzwi. W ten sposób ostrzegają,
    że zbliża się święto i należy natychmiast kończyć pracę.

     Pobożny Godel Szylit wrócił już z łaźni. Frymeta – jego żona, przygotowała już ze starszymi dziewczynkami odświętny stół,
    na którym leży chałka (symbolizująca mannę zsyłaną Izraelitom na pustyni) i stoi koszerne wino – słodkie i czerwone. 

    Za chwilę zapalą szabasowe świece w ozdobnych lichtarzach – nieco wcześniej, żeby – broń Boże, nie przegapić zachodu słońca. Zapalenie ich po zachodzie byłoby zbezczeszczeniem Szabatu (dziś robi się to zwyczajowo 18 minut przez zachodem słońca). 

    W końcu następuje przywitanie Szabatu. Frymeta, jako podpora żydowskiego domu, przyjmując światło szabasowych świec, odmawia błogosławieństwo, prosząc o zdrowie, boską opiekę
    na dziećmi i powodzenie w życiu.

    Nad kieliszkiem wina jej mąż Godel odmawia kidusz – błogosławieństwo rozpoczynającego się szabatu. Wszyscy spełniają świąteczny toast i teraz już można zacząć jeść. 

    Uczcie towarzyszą głośne śpiewy szabatowych pieśni, w letnie dni, przy otwartych oknach, słyszalne niemal we wszystkich zakątkach miasta. 

    Po wieczerzy Godel, podobnie jak inni Żydzi, odświętnie ubrany, idzie do synagogi – na Wrocławskiej. Nie zapomina – oczywiście – o jarmułce / kipie / mycce, czapeczce na czubku głowy.
    W zasadzie nosi ją cały czas, co jest wyrazem szacunku dla Boga, choć nie jest obowiązkiem, ale nie może jej na pewno zabraknąć podczas modlitwy lub w synagodze.      

    W sobotę, do porannej modlitwy, Godel założy filakterie / tefilin – są to dwie małe, czarne, skórzane i sześcienne pudełka / szkatułki z doczepionymi rzemykami. W pudełkach znajdują
    się zwitki pergaminu z cytatami z Tory. Jedną zawiąże na ramieniu, w kierunku serca, co ma symbolizować władzę Boga,
    a drugą – na czole, co oznacza oddanie Bogu i skupienie uwagi
    na Jego woli.

    Religijni Żydzi – ortodoksi zwracają szczególną uwagę na to, aby nie wykonać którejś z 39 prac zabronionych w Szabat.

    Skoro np. „nie wolno niczego nosić”, opróżniają kieszenie,
    a chusteczki zawiązują sobie wokół szyi – stają się one
    w ten sposób częścią ubioru, a nie dodatkowo „noszoną” rzeczą. Tałes, modlitewny szal, albo zakładają w domu, aby na modlitwy iść nie obarczonym żadnymi rzeczami, albo małe dzieci
    niosą je, wraz ze świętymi księgami, za starszymi. 

    A w tym czasie młodzi, bardziej „nowocześni”, wychodzą
    na spacery, spotykają się ze znajomymi, miło spędzają czas. Podobnie wygląda sobota po porannych modlitwach. 

    Jeśli trzeba jednak podgrzać jedzenie lub przyrządzić świąteczną kawę – polscy sąsiedzi przychodzą z pomocą i rozpalają w piecu (niekiedy za drobną opłatą). Ich przecież nie obowiązują szabasowe zakazy…

    Opracowała Urszula Szot

                                                                                                             

  • Chanukowa radość

    Najbardziej radosne żydowskie święto – Chanuka, nazywane
    też Świętem Świateł, jest świętem ruchomym, trwa osiem
    dni, ale ponieważ nie pochodzi wprost z Tory, a jest świętem historycznym, dlatego wszystkie świąteczne dni są zwykłymi dniami roboczymi – chyba że przypadają np. w szabat lub inne, nieżydowskie święto. 

    Zdarza się, że Chanuka przypada w tym samy czasie,
    co chrześcijańskie Boże Narodzenie – dlatego niektórzy,
    głównie tzw. świeccy Żydzi, nazywają to święto żydowskim
    Bożym Narodzeniem, co jest oczywistym nieporozumieniem.

    Boże Narodzenie dla chrześcijan i Chanuka dla żydów to piękne, radosne, rodzinne święto. To święto dla każdego – i religijnych i niereligijnych Polaków i Żydów, dlatego obchodzone jest
    przez całe rodziny. Oba święta łączy również symbolika cudu. Chanukowy cud, to m.in. wyzwolenie się spod greckiej okupacji, a cud Bożego Narodzenia, to przyjście na świat Mesjasza, Zbawcy rodzaju ludzkiego. 

    W 1929 roku Boże Narodzenie i Chanuka przypadały niemal
    w tym samym czasie. Przenieśmy się na chwilę do tamtego Wieruszowa… 

    Jest wtorek, 24 grudnia. Biały puch delikatnie pokrył ulice,
    dachy i drzewa. Trzyma lekki mróz, więc świat aż błyszczy
    w słońcu, a śnieg skrzypi pod nogami. Aż dreszcze przechodzą, kiedy przypomina się koniec ubiegłego roku – kiedy śnieg leżał
    po same okna, a mróz dochodził do -30 stopni!

    W mieście panuje ożywiony ruch – przecież wieczorem chrześcijańska Wigilia! Katolicy pośpiesznie robią ostatnie zakupy, a i Żydzi podobnie – do Chanuki mają jeszcze jeden
    dzień, ale w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia niczego
    nie załatwią. Trzeba wcześniej przygotować wszystkie produkty, żeby było „tłusto i słodko”. 23-letnia Bajla Pankowska, młoda mężatka z ul. Bolesławieckiej, ma urwanie głowy, bo pod nogami kręci się jej trzyletni synek – musi więc uważać, żeby
    mu się nic nie stało. Mąż Icek Wolf jeszcze załatwia kupieckie interesy i pożycza komuś pieniądze… Na razie nie może na niego liczyć. Na szczęście jest jeszcze trochę czasu. Przygotowała
    już oliwę – mąż sprezentował jej tradycyjny świecznik – chanukiję, z lampkami na oliwę, a nie zwykły, ze świecami.  Małe pączki
    w tym roku zrobi z nadzieniem śliwkowym, upiecze racuchy i placki ziemniaczane – wszystko zgodnie z tradycją! Ma też gotowe symboliczne, słodkie prezenty dla bliskich na każdy z ośmiu świątecznych dni.

    Kiedy zapada wieczór, w wielu oknach widać blask choinki, słychać dźwięki kolęd i radosne głosy dzieci cieszących
    się z prezentów. Przed północą, ulicami w kierunku kościoła
    idą tłumy ludzi, by usłyszeć z ust księdza proboszcza Walentego Kotta radosną nowinę o Narodzeniu Pańskim. 

    A w żydowskich oknach jeszcze ciemno, w domach
    cicho, wszyscy śpią spokojnie. No, może nie wszyscy…
    Pesa Jakubowicz, żona dobrego krawca z ul. Piłsudskiego,
    dwa dni temu urodziła synka – Szmula. Jest bardzo głośny…
    Pesa, zmęczona, patrzy na niego z czułością i widzi w wyobraźni,
    jak za parę lat o tej porze będzie bawić się chanukową zabawką
    – drejdlem, drewnianym bączkiem i zajadać „chanuke gelt” – czekoladowe pieniążki. W tym roku, na szczęście, jej mama zajęła się przygotowaniem wszystkiego. 

    Nie śpią też jeszcze u Widawskich – Brucha, jej mąż Szmul
    i ich czterej synowie: Berek, Abram, Majer i najmłodszy Jakob, niedawno wrócili z kolacji wigilijnej u Pelagii i Stefana Frankowskich. Żyją w jednym domu, są dla siebie jak rodzina,
    to i świętują razem. Jutro wieczorem wszyscy razem zjedzą kolację chanukową. Prezenty są symboliczne, bo się nie przelewa. Pod choinką znaleźli je tylko najmłodsi – 8-letni Jakob, nazywany przez przyjaciół Jankiem lub Kubą, Zenek i 4-letni Józio.
    Z okazji Chanuki jest podobnie… 

    W środę 25 grudnia po zachodzie słońca, w każdym wieruszowskim oknie widać blask – albo choinki, albo pierwszej
    z ośmiu chanukowych świec, słychać radosne kolędy albo chanukowe pieśni… 

    Opracowała Urszula Szot